Świętujemy „dożynki”. Składamy podziękę za płody ziemi. Pochylamy się też w zadumie nad rzeczywistością ludzkiej pracy. Po głowie snują się pytania, wątpliwości, czy warto w trudzie i znoju, w pocie czoła wciąż zmagać się z wyzwaniami, jakie stawia przed nami świat, raz przychylny, innym razem porażający obcością. Tak bardzo nieprzewidywalny.

Człowiek stając wobec świata, nie wie na pewno, czy jest z ziemi, czy dla ziemi, czy świat jest jego ojczyzną, czy może krainą wygnania, tymczasowy czy ostateczny. Wie jedno: jest tutaj – na świecie (w świecie) pośrodku spraw, które dzieją się na jego oczach, dotykają go, wciągają w wir różnorodnych problemów, wobec których nie może pozostać obojętny, bierny. Jest ziemia, po której stąpa, która go niesie, ale rani równocześnie, jest powietrze, którym oddycha, jest słońce, dzięki któremu jest jasno, ciepło, bezpiecznie, darzące promieniami i świecące blaskiem rozpraszającym ciemność. To wszystko jest darmowo, jest jako dar, bez zasługi ze strony człowieka. Pokarmy ziemskie sycą głód ludzki, melodia świata kołysze go do snu. Ziemia jawi się jako kolorowy dywan rozpostarty dla człowieka – przez kogo, dlaczego – nie wiadomo. Oczy widzą, uszy słyszą, dotyk oswaja nas z kształtami świata. Ta idylla dopasowania człowieka i świata, rozkoszowania się światem, arkadyjskiej harmonii, dźwięczy w pięknym wierszu Cz. Miłosza Dar:

„Dzień taki szczęśliwy.
Mgła opadła wcześnie, pracowałem w ogrodzie.
Kolibry przystawały nad kwiatem kapryfolium.
Nie było na ziemi rzeczy, którą chciałbym mieć.
Nie znałem nikogo, komu warto byłoby zazdrościć.
Co przydarzyło się złego zapomniałem.
Nie wstydziłem się myśleć, że byłem, kim jestem.
Nie czułem w ciele żadnego bólu.
Prostując się, widziałem niebieskie morze i żagle”.

Doświadczenie uczy jednakże, że ów arkadyjski ton i narracja idylliczna nie jest właściwym i pełnym opisem relacji człowieka ze światem. Życie związane jest nierozerwalnie z bólem, cierpieniem, często nie do oddania w słowach, oraz nieustannym napięciem między człowiekiem a światem. Życie boli, świat rani. Pomiędzy światem a człowiekiem coś iskrzy. Pisze znakomita myślicielka żydowska H. Arendt: „Kondycja ludzka jest taka, że ból i wysiłek nie są po prostu symptomami, które mogą zostać usunięte bez zmiany samego życia; są raczej sposobami, na które życie wraz z koniecznością, do której jest uwiązane, daje się odczuć. Dla śmiertelników ‘łatwe życie bogów’ byłoby życiem pozbawionym życia (Kondycja ludzka). Ból, niedogodność sprawiają, że życie jest odczuwane w swoisty sposób: właśnie po ludzku. Człowiek czuje z jednej strony, że jest bliski światu, doświadcza zbratania ze światem, pozostaje otwarty, ale jednocześnie czuje, że świat jest odległy, jest obojętny, zimny, obcy, wreszcie wrogi człowiekowi. Poczucie obcości świata nie zostało chyba nigdzie tak przejmująco zapisane, jak w dziele Pascala: „Wiekuista cisza tych nieskończonych przestrzeni przeraża mnie”. I dalej: „Widzę te przerażające przestrzenie wszechświata, które mnie otaczają, czuję się przywiązany do kącika tej rozległej przestrzeni nie wiedząc, czemu mnie pomieszczono raczej w tym miejscu niż w innym, ani czemu tę odrobiną czasu, jaką mi dano do życia, wyznaczono w tym, a nie w innym punkcie całej wieczności, która mnie poprzedziła, i tej, która ma po mnie nastąpić. Widzę ze wszystkich stron same nieskończoności, które zamykają mnie niby atom. I niby cień trwający niepowrotną chwilę. Wszystko, co wiem, to jeno to, iż mam niebawem umrzeć; ale co mi najbardziej nieznane, to sama śmierć, której niepodobna mi uniknąć” (Myśli). Człowiek istnieje (rzucony i porzucony w świecie), ale równocześnie jakby nie jest (na granicy nicości, drobina, atom wobec nieskończoności). Obcy w obcym świecie. Ale nawet w taką sytuację uwikłany, chce przede wszystkim żyć, chce za wszelką cenę trwać.

W obliczu tych doświadczeń pytamy: być w świecie – to być u siebie, czy przebywać w krainie wygnania? Świat – miejsce swojskie, czy bezdroża obcości? Posłuchajmy J. Tischnera: „Dotykamy tu jakiegoś paradoksu: człowiek przychodzi na świat i zarazem jest ze świata. Wynika z tego, że człowiek jest i nie jest na świecie, ponieważ jest zarazem ze świata. Paradoks ów od nieco innej strony ukazuje nam sens słówka mój – mój świat. Mój ma najpierw sens negatywny: nie jestem częścią świata – ja i świat to nie jedno i to samo. Do tego dochodzi sens pozytywny: mimo to świat nie jest dla mnie czymś obcym. Co to znaczy? Co znaczą obydwa momenty połączone razem? Świat jest dla mnie. Słówko dla wskazuje na obietnicę – świat mój to świat danej mi obietnicy, świat zarazem obiecany i obiecujący. Przywiązuję się do świata – ja gospodarz świata – na tyle, na ile w moim życiu na świecie sprawdza się archaiczna obietnica” (Filozofia dramatu). W tekście uderza jedno sformułowanie: człowiek jako gospodarz świata. Gospodarz to ktoś, kto czuje się na gospodarstwie u siebie, wie, co robić, jakie działania podejmować. Okazuje się, że w sytuacji obcości świata (kapryśnego i nieprzewidywalnego) wobec człowieka (świat może porazić katastrofą powodzi, trzęsienia ziemi, nieurodzajem, suszą), obcości człowieka wobec świata, możliwe jest gospodarowanie.

Świat może stać się gospodarstwem. Dźwięczą w tej postawie wobec świata słowa początku, zapisane w Księdze Rodzaju: „Czyńcie sobie ziemię poddaną”. Człowiek zostaje postawiony nad ziemią. Ziemia ściele się u jego stóp. Nie jest jednak panem ziemi, ale jej gospodarzem. Ma ziemi służyć i strzec jej. Praca jako gospodarowanie jest odnajdywaniem, wydobywaniem skarbów, jakie Bóg umieścił w ziemi. Człowiek jest od ziemi zależny, jest jej konserwatorem a nie eksploatatorem. Zanim zacznie do ziemi przemawiać poprzez pracę, winien uważnie w jej rytm się wsłuchać. Pisze Tischner: „Człowiek musi, aby żyć, znosić początkową surowość ziemi… Ziemia ma określoną naturę. Ma ona swój ład, porządek, swą własną logikę. Nie wolno lekceważyć natury ziemi. Aby panować nad ziemią – sceną, trzeba ją rozumieć. W przeciwnym wypadku ziemia może się zbuntować przeciw człowiekowi” (Filozofia dramatu).

Praca jawi się jako wymóg, jaki życie ludzkie kieruje ku człowiekowi. Świat jakby domagał się ze strony człowieka czynu pracy. Nie jest ukończony, jest otwarty, surowy, nachylony w stronę człowieka, jest dla człowieka i może być poprzez człowieka. Życie ze swoimi koniecznościami, potrzebami, domaga się ich zaspokojenia. Ono chce pożywienia, chce przyodziewku, chce mieszkania. Praca chce oswoić świat, a oswajając go chce sobie świat przyswoić. Przychodzi moment, kiedy człowiek mówi: „mój świat”. W ten sposób praca staje się źródłem własności, bogactwa, źródłem wszelkiej wartości, człowieczeństwa wreszcie. Praca zaczyna odczuwać rytm świata i w ten sposób staje się dotrzymywaniem kroku ziemi. Nachylony ku człowiekowi świat wyzwala pracę, praca ze swojej strony wyzwala moce świata. Wyzwala ze świata to, co w nim ukryte, co czeka na wydobycie. Prawdę tę poetycko oddaje K. Gibran: „Pracujesz, aby dotrzymać kroku ziemi i duszy ziemi. Albowiem nic nie robić, oznacza stać się obcym porom roku i wystąpić z pochodu życia, który majestatycznie i z pełnym godności poddaniem zmierza ku nieskończoności. Pracując jesteś jak flet, w którego wnętrzu szept godzin przeistacza się w muzykę. Któż z was chciałby być trzciną, głuchą i milczącą, gdy wszystko wokół śpiewa harmonijnie” (Prorok). Życie ludzkie jest oplecione znojem, znój wyciska na życiu człowieka szczególne znamię. Sprawia, że życie to jest ludzkie właśnie, nie zwierzęce, nie boskie, ale ludzkie. Tym znamieniem jest praca. Jeszcze raz posłuchajmy Gibrana: „I podejmując trud naprawdę kochacie życie. A kochać życie przez trud to poznać najistotniejszy sekret życia” (Prorok).

Ks. Leszek Łysień
Podziel się artykułem:
FaceBook  Twitter