Wszystko zaczyna się od marzeń. Pani Beata jest najlepszym tego przykładem. Pracowitość, upór, wizja własnego sklepu i wsparcie ze strony najbliższych osób sprawiły, że dziecięce niegdyś marzenie zamieniło się w realny sposób na życie. Dzisiaj swoją pracą, która stanowi też jej pasję – wyraża siebie i dzieli się z ludźmi tym, co dla niej ważne.

Jej kolorowy świat sukienek, żakietów, bluzek, kuszących oko dodatków i torebek stał się także światem jej klientek, które bez względu na wiek, okazję i upodabnia znajdują w butiku przy ulicy Głębokiej oprócz pięknych ubrań i kuszących zapachów perfum również, a może należy powiedzieć – przede wszystkim ogromną chęć uszczęśliwiania klientów. 

Wychowałam się w rodzinie handlowców. Już jako małe dziecko obserwowałam pracę mojego taty, który wkładał w nią mnóstwo sił, czasu i serca. Decydując się więc na własną działalność od początku wiedziałam, ile wiąże się z nią trudu, wyrzeczeń i obaw. Wiedziałam też, że klient jest w tym ogniwie najważniejszą osobą i jego oczekiwania są dla mnie zawsze priorytetem – mówi Pani Beata, właścicielka Butiku Beti Collection, który na cześć odważnej decyzji nazwała swoim imieniem, dodając –  Tak. Własny sklep to dwa razy więcej pracy, ale też dwa razy więcej satysfakcji.  I ta satysfakcja dodaje mi sił i energii do kolejnego aktywnego dnia w pracy, który nie kończy się wraz z zamknięciem drzwi.

No tak. Jeszcze trzeba zrobić zamówienie, samemu po coś pojechać. Zadbać o wystawę, witrynę, porządek. Zadzwonić do klientki i upewnić ją, że zamówiona sukienka oczekuje na nią gotowa do odebrania. - Tego zawsze chciałam i o tym zawsze marzyłam. Cieszy mnie kontakt i rozmowa z ludźmi oraz świadomość, że swoją radą, pomysłem, wskazówką… mogę uczynić nie tylko czyjeś zakupy milszymi, ale również poprawić humor na resztę dnia. No bo, kto lepiej zrozumie kobietę niż druga kobieta?... – dodaje ze śmiechem Pani Beata, prywatnie żona, mama i właścicielka „rozmerdanych”  yorków – Roni i Rubi.

Jak to się dzieje, że bezpieczne osiem godzin swojej pracy, ktoś zamienia na „skok z klifu w otwarte morze”? (ta myśl kołacze mi się po głowie). – Jeśli ma się przy sobie osoby, które wierzą w twój sukces. Jeśli widzą w nim twoje spełnienie i obdarzają cię wsparciem –  wszystko jest możliwe. Moi bliscy, mój mąż Janusz… determinują moje działania, wyznaczają kierunek i pozwalają pozostać na kursie. Z nimi nawet to otwarte morze nie jest mi straszne – słyszę zdecydowaną odpowiedź. A wpatrzona w jej barwny świat ubrań, pełen czerwieni, bieli, żółci, różu, błękitu… - wiem, co chce mi powiedzieć.
 



xxx

Kilka słów ode mnie:

Ulicę Głęboką przemierzam każdego dnia. Obserwuję, jak zmieniają się sklepowe witryny, przybywają kolejne – nowe, inne znikają.  No cóż, własny biznes to ciężki kawałek chleba, zwłaszcza w świecie, gdzie wciąż rośnie świadomość konsumenta i tym samym jego oczekiwania. O konkurencji nie wspomnę.

Pełna jednak jestem podziwu dla osób, które mają odwagę spełniać swoje marzenia… które czerpią ogromną radość ze swojej pracy i zarażają tą radością innych. Które swoją pracowitością i  hartem  udowadniają, że trudności są tylko wyzwaniem, a nie przeszkodą. Do tego wszystkiego nie szczędzą uśmiechu i ciepłego słowa. I nie dlatego, że muszą… bo klient… bo wypada, ale dlatego, że radość ze spełniania marzeń mają w sobie, tak jak ona – moja rozmówczyni – Pani Beata.

Trzymam kciuki za kolejne Pani marzenia. Niechaj się spełniają wink

 

/Barbara Stelmach-Kubaszczyk/

 

 

 

 

Podziel się artykułem:
FaceBook  Twitter