Posądzon mogę być o pychę bezmierną (zwali ją Grecy starożytni hybris), że narcyzm swoisty uprawiam, z okazji jubileuszu kapłańskiego (30 lat) na siebie samego uwagę kierując, atencją i rewerencją siebie samego zaszczycając. Może to tak wyglądać na rzut pierwszy oka. Zgoła o co innego idzie jednak. Dopadła mnie (jako że okazja stosowna do bilansów czynienia, podsumowań, obrachunków ze sobą samym) bezdenna zgryzota. Do tego wszystkiego jeszcze jakiś głos obcy dał o sobie znać gdzieś w głębi ducha mojego, pogrążonego w prostracji okrutnej, torturując chłodno jak sam szatan, pytania mi zadając wielce niewygodne, a tak mniej więcej brzmiące: trzydzieści już lat dźwigasz na swoich chudych barkach brzemię niełatwe kapłaństwa, i cóż znaczącego, niezwykłego dokonałeś przez ten wcale nie krótki czas? Zdjąłeś komu (choćby jednemu) ciężar życia z jego udręczonej duszy? Pocieszyłeś kogoś pociechą przynoszącą ukojenie? Dałeś nadzieję zrozpaczonemu, która pomogła mu przetrwać doświadczenie niepomiernego bólu, iść przez życie z podniesionym czołem? Wszak jedna z postaci znaczących w twojej biografii intelektualnej, profesor H. Elzenberg, przypominała ci: „Mistrzem jest ten, kto pewnej ilości swoich bliźnich pomógł wyjść z honorem z opresji życia na ziemi”. Mógłbyś siebie bez wstydliwości, z przyłbicą otwartą mistrzem nazwać? Z Bratem Albertem choćby z oddali niezmierzonej się zestawić? A może ciebie ktoś tym mianem mógłby przywołać? I oto rozpacznie głowę pochylam, nie przypominając sobie nikogo, komu w taki sposób oparciem byłem. Zamiast tego, ów dręczący mnie, siejący zamęt w duszy strwożonej mojej, ów mroczny głos oskarża mnie o egoizm bezbrzeżny, że „myślałem tylko o sobie, gdy życie innych, okrutnie nieodwracalne krążyło wokół mnie” (Herberta cytując na dodatek), i nigdy siebie nie porzuciłem, aby jak mój Mistrz z Nazaretu, oddać siebie bezgranicznie drugiemu.

Próbuję zaprzeczać, przywoływać takie czy inne przykłady mojej kapłańskiej aktywności, na poparcie jakiejś sensowności mojej bezpożytecznej służby. Śmiech tylko słyszę szyderczy. A nawet gdy to czy owo zdziałać ci się udało – mówi szyderca – czy nie nosiłeś głowy wysoko, jakbyś co najmniej na antypody zawędrował?

Azali książkę napisałeś niezwykłą, która wzbudziła niekłamany podziw, zachwyt? Znowu wstyd mnie ogarnia, jako że niczego takiego zdolny nie byłem poczynić.

A może mistrzem słowa byłeś, do uwodzenia ludzi stworzonym, by chwytali w lot twoje genialne myśli na mowę potoczną przełożone i ich potęgą przytłoczeni, zmieniali radykalnie swoje życie? Ależ skąd. Zaledwie coś z siebie dobyć potrafię, jąkając się nieporadnie, niewiele zamętu w głowach ludzkich czyniąc, a pewnie je w znudzenie nieznośne wprawiając.

Co zatem? Nic. Pustka. Czym przeto – pyta głos – ubogaciłeś świat żyjąc zbyt długo i zbyt haniebnie pasożytując na wszystkim, co się dało?

Przyznam, że podpytywanie owo zdruzgotało jaźń moją. Nie byłem w stanie odpowiedzieć na pytania, które jak ostre strzały wbijały się w moją jubileuszową głowę.

Ale wówczas przyszedł mi z pomocą inny mój mentor, autorytet niepodważalny, poeta Z. Herbert. I on u kresu życia (ja mniemam, że jeszcze u kresu nie jestem, ale cóż możemy w tej kwestii wiedzieć), bogatego i twórczego, wypełnionego po brzegi dobrocią i ciepłem, bilansu smutnego dokonał. Wsłuchałem się, a pisał tak: „życie moje / powinno zatoczyć koło / zamknąć się jak dobrze skomponowana sonata / a teraz widzę dokładnie / na moment przed codą / porwane akordy / źle zestawione kolory i słowa / jazgot dysonans / języki chaosu”. Tak oceniał swoje życie on, książę poetów, mistrz trafiającego w sedno słowa. Poczułem się lepiej. Zły głos zamilkł. Zostałem sam. Gdzieś w oddali (tak mniemam) przemówił Bóg (jeśli nie On, to kto?) słowami Norwida, dokładniej utworu tego niezwykłego myśliciela Modlitwa: „Przez wszystko do mnie przemawiałeś – Panie! / Przez ciemność burzy, grom i przez świtanie (…) / I przez najsłodszy z darów Twych na ziemi, / Przez czułe oko, gdy je łza ociemi; / Przez całą dobroć Twą, w tym jednym oku (…)”. A skoro tak, to Ty Panie przemawiałeś do mnie również poprzez klęski moje, których więcej było niż zwycięstw i sukcesy (drobne i niewarte pamiętania), odbierałeś mi głos, gdy nic do powiedzenia nie miałem, dlatego składam moje trzydzieści lat w Twojej służbie w Twoje miłosierne i wyrozumiałe ręce, do Twojego serca się tuląc z zapewnieniem: Twój na zawsze.

 

                                                                           Ks. Leszek Łysień

Podziel się artykułem:
FaceBook  Twitter