No właśnie, jak to jest być „świeżym” kierowcą na drodze? Czy znając dokładnie przepisy kodeksu drogowego, potrafimy jeździć lepiej niż niejeden doświadczony kierowca?
Pamiętam, jak dziś dzień swojego egzaminu praktycznego. Teorię zdałam bez problemu za pierwszym razem, bo pytania były łatwe, a ja mocno przyłożyłam się do nauki. Nic jednak nie przerażało mnie tak bardzo jak egzamin praktyczny. Na kursie bardzo straszono nas – zdających, że egzaminatorzy starają się każdego „oblać”… że nikt nie zdaje za pierwszym razem, a już tym bardziej nikt w tak młodym wieku. Ja jednak, choć przerażona i z trzęsącymi się rękami, wsiadłam do samochodu z myślą, że dam radę. I powiem Wam, że grunt to dobre nastawienie. Wsiadłam, przejechałam się po mieście z egzaminatorem, który bardziej niż mną, był zajęty swoim telefonem… Zdałam. Całość zajęła mi jakieś 25 minut. Egzamin miałam za sobą. No dobrze, ale co dalej? Co po zdaniu egzaminu?

Kurs prawa jazdy pokrywał się u mnie z wyprowadzką z domu na drugi koniec Polski, dlatego tak bardzo zależało mi na zdaniu go, żebym nie musiała dokupywać jazd w nowym, zupełnie mi nieznanym mieście. No właśnie, nowym mieście. Jako, że zaczęłam dorosłe życie z dala od rodziców, musiałam zacząć pracować. Pomyślałam więc sobie, że skoro w portfelu mam prawo jazdy, to warto byłoby wykorzystać ten fakt. Zatrudniłam się więc jako dostawca pizzy w restauracji. Już na samym początku pojawił się problem, mianowicie nigdy wcześniej nie jechałam sama samochodem, a tutaj już kolejnego dnia miałam dostarczać jedzonko głodnym, często narzekającym na wszystko, klientom. Pomyślałam jednak – „raz się żyje” i następnego dnia wesoło wsiadłam w samochód firmowy.

Tak, uczyłam się jeździć nie swoim samochodem. Na swoją obronę mam jedynie fakt, że nigdy nie spowodowałam żadnego wypadku, ani żadnej stłuczki. Nawet ani razu nie zarysowałam innego samochodu. Warto, żebym wspomniała, iż miasto po którym miałam jeździć, to całkiem duża miejscowość, miasto wojewódzkie, stolica Warmii i Mazur. Wsiadłam więc pierwszy raz do samochodu, którym jeszcze nie umiałam jeździć, by rozwozić jedzenie w mieście, którego kompletnie nie znałam. Odwaga? Dziś nazwałabym to raczej głupotą.

Odpaliłam więc nawigację, przekręciłam kluczyk w stacyjce i pomyślałam – raz kozie śmierć. Co w przypadku mojej nieumiejętnej jazdy samochodem, stało się w tamtym momencie całkiem dosłownym powiedzeniem.

No dobrze, ale jak wyglądały dla mnie pierwsze chwile za kierownicą bez instruktora obok? Strach minął mi w momencie, kiedy pierwszy raz sama wyjechałam na ulicę. Włączyłam sobie radyjko, które dziarsko grało w tle hity roku 2016 i pojechałam z zamówieniem. Pierwsze chwile za kierownicą spędziłam obok pudełka z pizzą, która towarzyszyła mi w mojej podróży. Było fajnie. Nie wjechałam w nikogo, nikt na mnie nie trąbił… i dałam radę. Jest dobrze – pomyślałam.

Mimo, że prawo jazdy mam od ponad roku, to zdążyłam w tym czasie zrobić już z kilkanaście tysięcy kilometrów. Po pewnym czasie kupiłam sobie swoje auto, które wyglądało jakby w trakcie jazdy miało rozpaść się na pół. Teraz na szczęście jeżdżę czymś, w co można wsiadać bez wstydu. Jak mi się jeździ teraz, po roku? Przede wszystkim pewnie. Nie boję się dużych skrzyżowań i korków. Nie odczuwam strachu przed innymi kierowcami i nie peszę się, zwijając się w kulkę, kiedy ktoś na mnie zatrąbi. Mam w sobie jednak pokorę i nie uważam się za pirata drogowego. Jeżdżę pewnie, a za kierownicą czuję się jak w domu. Praca jako dostawca nauczyła mnie, że w każdą dziurę da się wcisnąć, a parkingi, to wcale nie dzieło samego szatana. Moja fantastyczna Pani Instruktor, choć czasem „podnosiła mi ciśnienie” :) , to jednak do jazdy przygotowała mnie wyśmienicie. Jestem jej za to bardzo wdzięczna, bo gdyby nie przygarnęła mnie pod swoje skrzydła, dziś nie potrafiłabym tak jeździć. Chwała jej za to.

A jak jest z Wami? Jak Wy czujecie się za kierownicą?

/Justyna Kubaszczyk/
Podziel się artykułem:
FaceBook  Twitter