Wie to każdy, że czym innym jest prostota, a czym innym prostactwo. To drugie, tak nachalne i wszędobylskie, budzi niesmak, odpycha, a jednak tolerowane bywa nad miarę, przyciągając uwagę niewybrednych, znudzonych poszukiwaczy atrakcji za każdą cenę. Chociaż prostaka każdy rad by omijać na milę, to jednak prostacki dowcip, wtrącona prostacka uwaga, zachowanie prostackie, nie budzą jakiegoś szczególnego zażenowania, zawstydzenia. Owszem, bywają potraktowane z dużą dawką wyrozumienia. Pewnie jest tak dlatego, że prostactwo nie wymaga szczególnego wysiłku ani moralnego, ani intelektualnego, ani co najważniejsze duchowego. Prostactwo tworzy szczególną więź – płycizny i bezmyślności. Płynie z niechlujstwa, najgorszego gatunku prymitywizmu, który mniema, że na tym świecie wszystko jest i tak mało ważne, a najważniejsze, to umieć się w najgorszym gatunku zabawić.

            Co innego prostota. Ta z mądrości i przenikliwego spojrzenia się rodzi. Z wysiłku ducha, z trudu myślenia, choćby ono i nie do końca uczone (w sensie akademickiego wykształcenia i książkowej erudycji) było, ale myślenia w głąb rzeczywistości sięgającego i rozpoznającego prawdę w samym jej rdzeniu.

            Franciszek, czasu swojego owoc i swojej warstwy społecznej (mieszczańskiej) młodzieńcem był, co to i zabawić się lubi i sakiewką potrząsnąć, by wzbudzić podziw kompanów, którzy na króla swoich swawoli i zabaw niewybrednych go wybierali. Chojny i pełen kurtuazji (dworności i uprzejmości, istny dżentelmen w każdym calu) na szczęście nic w sobie materiału na prostaka nie miał. Wrażliwość i głębię spojrzenia pewnie po matce odziedziczył, bo ojciec zbyt w rachunkach przychodów i rozchodów rozkochany był, zbyt kupiecki proceder umiłował. Gdyby z niego dziedzictwo genetyczne wziął, pewnie buchalterem do końca swoich dni musiałby pozostać, a świat straciłby coś jedynego i niepowtarzalnego.

         Poezję i pieśń miłował Franciszek nade wszystko (w języku prowansalskim śpiewaną). I dworne maniery w duszę mu głęboko wrosły. Estetą był w każdym calu. Wszystko, co chorobą, zgnilizną trąciło, budziło w nim obrzydzenie, wstręt i lęk bezgraniczny. A cóż może być bardziej wstrętne i nienawistne dla wyrafinowanego pięknoducha niż widok trędowatego. Dużo ich było w tamtym czasie. Snuli się jak widma piekielne po drogach i polach. Jak wiele trzeba było i jak głębokiego spojrzenia, aby pod ich gnijącym ciałem zobaczyć najpiękniejszego z Synów Ludzkich – Chrystusa samego. Niepotrzebne były atlasy anatomiczne, uczone rozprawy, wystarczyła rozbłysła ewangeliczna myśl, że Chrystus w cierpiących, odrzuconych i poniżonych jest najprawdziwiej. Przygarnia zatem ku sobie napotkanego trądem dotkniętego nieszczęśnika, całuje zaropiałą rękę, by odtąd pielęgnowaniu odrażającą chorobą zarażonych się poświęcać, iść ku odtrąconym, ubogim, bez znaczenia.

         Do potraw wykwintnych przywykły (przecie syn bogatego kupca), do napojów z wyższej półki, przejrzawszy na wylot tkaninę świata, widzi jasno, że pożywienie, jakie jest, przygodnie zdobywane (wyżebrane i wyproszone), ma służyć celom wyższym o wiele niż tylko pielęgnowanie i pieszczenie smaku. Ma być dla czynu i wysiłku nadludzkiego, by budować Boże Królestwo, w którym człowiek w Bogu i poprzez Boga rozkwitnie niepomiernie. Do potraw, które zbyt smaczne mu się wydają i uwagę odwracają od tego, co ważne (siew Słowa Bożego, ludziom o wyżynach przypominać, do których są przeznaczeni), popiołu dodaje, by zmysłom nie pozwolić nad sobą nadmiernie panować. Ot, byle ciało – osła w ruch wprawić, byle nogi niosły ku ludziom, by im o Ewangelii śpiewać i opowiadać, by ich entuzjazmem ewangelicznym inspirować.

         Tak to prostota Franciszka kazała mu bez zbytnich zabiegów interpretacyjnych ewangeliczne wskazówki pojmować. Bez czczej i pustej retoryki, szukania kontekstów i podtekstów. Skoro bez trzosa i torby Mistrz z Nazaretu kazał iść pomiędzy ludzi, trzeba wszelkie dobra materialne precz porzucić, na pieniądze uwagi tyle zwracać, co na kamienie i proch, zgrzebną suknię wdziać, sznurem się przepasać i boso dźwigać na barkach ciężary udręczeń wszelakich. Prostota i autentyczność Franciszkowa taki podziw budzić zaczęła, iż jego Fraternitas przyciągała setki zachwyconych a pogubionych ludzi

         O wymiarach różnych prostoty Biedaczyny z Asyżu pisze znakomicie jego biograf, Tomasz z Celano w Drugim żywocie świętego Franciszka. A pisze tak: „Święty mąż w szczególny sposób praktykował prostotę, którą też cenił u innych, uważając ją za córkę łaski, siostrę mądrości i matkę sprawiedliwości. Nie każdą jednak prostotę uznawał, lecz tylko tę, która szczęśliwa w Bogu, wszystkim innym gardzi.

         Ta prostota, która surowa jest dla siebie – a innych nie potępia.

         Ta prostota, która możnym tego świata przyznaje należne im zaszczyty – a dla siebie nie pragnie żadnego urzędu.

         Ta prostota, która niewiele sobie ceni światowy rozgłos – a czyn stawia ponad rozprawianie i nauczanie.

         Ta prostota, która za marność uważa doskonałą wiedzę, za jej potok słów, dociekanie Bożych tajemnic, wyszukane, płytkie krasomówstwo i powierzchowną ciekawość – szuka zaś tego, co w głębi, a nie tego, co na powierzchni, szuka nie skorupy, lecz ziarna, nie wielości, lecz istoty, szuka wiecznego trwałego dobra

         Takiej prostoty życzył błogosławiony Ojciec swoim braciom, zarówno wykształconym, jak i niewykształconym. Uważał bowiem, że prostota nie jest przeciwna mądrości, lecz jest jej siostrą”.

         Nie potrzebujemy tak bardzo pokomplikowani i zakłamani franciszkowej prostoty? Mądrość żeśmy zatracili, to i o prostotę coraz trudniej.

                                                                 

    Ks. Leszek Łysień

Podziel się artykułem:
FaceBook  Twitter