Postać otulona w wełniany płaszcz stoi samotnie tyłem do morza aut. Trzęsie się z zimna. Skostniałymi palcami ubiera rękawiczki. Jedna jej noga oparta o betonowy krawężnik. U stóp urwisko. Patrzy w dal na puste torowisko, po którym pociąg dawno już nie jeździ. Stoi niby jak ten „Wędrowiec nad morzem mgły” Kacpra Dawida Friedricha. Wzrok jego zbiega niżej ku nurtowi Bobrówki ukrytemu pod taflą lodu. W zaroślach przy brzegu samotnie leży karton po jakiejś paczce. Zanurzony w wodzie do połowy przypomina Tytanika w godzinie swego sromotnego upadku. Zima nadeszła.

Z tą zimą to jest tak, że przychodzi niespodziewanie. Niby się do niej przygotowujemy. Wyciągamy ciepłą odzież z dna szafy. Wymieniamy w pośpiechu opony, kiedy słupek rtęci niebezpiecznie zbliży się do zera. Niestety te wszystkie rytuały na nic się zdają. Nie unikniemy nieuchronnego. Musimy stawić czoło atakowi zimy. Nadmienić należy, że te obecne mrozy są niczym wobec tego, co przeżywali bohaterzy książek Henryka Sienkiewicza. Na przykład taki Jurand, Pan ze Spychowa całe życie miał pod górkę. Nawet zamieć mu nie przepuściła. Gdyby nie zięć Zbyszko z pocztem książęcym, to by żywcem pochowany był pod czapą śniegu. Obecna zima nie jest też taką jak podczas pięciu zim dwudziestego stulecia. Metrowe zaspy śniegu, całkowicie nieprzejezdne drogi to coś czego nie doświadczyłem. Nie będę za to przepraszał. Czy to moja wina, że od mego przyjścia na świat pogoda w tym zakresie jest jakby łaskawsza? Nie dajcie się zwieść. Pogoda jest zmienna bardziej niż kapryśna panna na wydaniu.

Warto przy okazji obalić parę mitów. Być może część z Was natknęła się kiedyś na opowieści o zamarzniętym do cna Bałtyku. Co tam się nie działo? Kuligi na saniach wzdłuż i wszerz akwenu morskiego. Na dodatek takie jakich nie ma w dzisiejszych górskich dolinach z kolibami. Według przekazów spragniony uciech podróżny mógł zatrzymać się w karczmie wybudowanej na środku morza. Miejsca te w ustach wędrownych bajarzy urastały niemalże do rozmiaru małych miasteczek pokroju – Tombstone, modelowego przykładu osadnictwa rodem z Dzikiego Zachodu. Co prawda zamiast salonu i kulki w łeb mamy gospodę z drewnianych, nieociosanych bali oraz cięcie batorówką przez twarz, ale i tak jest śmiesznie. Niestety to tylko miraż postawiony misternie plecionymi słowami bajarza. Bałtyk dał się uwięzić mrozowi tylko miejscowo, dzięki temu możliwe były m.in. przeprawy wojsk ze Szwecji do Danii. Nie nastąpiła jednak w ten sposób inwazja na Polskę, znana szerszej publiczności jako Potop Szwedzki. Zaś samotne karczmy istniały, lecz tylko blisko brzegów morskich, co naturalnie dyktowało bezpieczeństwo.

Aby przeczytać o cudownych przeprawach przez morze, nie trzeba wcale sięgać do czasów biblijnych, Naturalnie Mojżesz jest protagonistą, ale nie jemu jednemu udała się ta sztuczka. W czasie Potopu Czarnecki wraz z Brandenburczykami przeprawił się przez cieśninę Als Sund, wyjątkowo płytką tego roku, dzięki czemu wierzchowce jego ludzi nie zajmowały miejsca na łodziach i barkach. Właśnie to wydarzenie uwiecznił Józef Wybicki w swym „Mazurku Dąbrowskiego”: „Dla ojczyzny ratowania, wrócim się przez morze”. Było to pokłosie budowania dumy i bohaterstwa narodowego po utracie państwowości pod koniec XVIII wieku.

Choć słupek rtęci spadł niemiłosiernie do minus siedemnastu stopni, to nie tracę optymizmu. W tym roku po raz pierwszy odnotowuję, że nie słyszałem ani razu skargi na drogowców. Wróg publiczny numer jeden każdej zimy jakby stracił się za szybą kabiny pługa. Choć mróz nie odpuszcza, to walkę
z zimnem musimy toczyć samotnie. Zwłaszcza zaciekły bój toczą zmotoryzowani. Skrobanie szyb chwilowo stało się narodowym hobby. Ludzie uzbrojeni po zęby niczym ninja uciekają się do najrozmaitszych technik. Rozmrażacze, skrobaczki, trójkąty – to tylko nieliczne narzędzia, dzięki którym można będzie ruszyć w trasę. W ostatecznym akcie desperacji wyskrobiemy szybę kartą do bankomatu lub tą z punktami na stacji. Co z tego, że się złamie? Ważne jest szybkie dotarcie do celu.
I nieistotne, że widok tylko z przodu 30 x 30 jak w czołgu z „Czterech Pancernych”.

Nie sposób odpuścić sobie nawiązania do „Orszaku Trzech Króli”, bowiem od tego wydarzenia w ubiegłym roku zaczęła się moja działalność publicystyczna. Mrozy nie odpuściły również w dniu Objawienia Pańskiego, choć wielu się o to gorliwie modliło. Na zdjęciach z relacji widziałem porozstawiane koksowniki, które od zawsze będą mi się kojarzyć ze stanem wojennym. Zapewne według niektórych nieprzypadkowo znalazły się na ulicy, kiedy Cieszyn odwiedził Prezydent Andrzej Duda. Nie szkodzi, że jego wizyta to pewnie tylko odprysk wiślańskiego wyjazdu na narty. Liczy się, że przybył. Pomimo chłodu wielu mieszkańców Śląska Cieszyńskiego zdecydowało się przybyć. Nie mnie oceniać, czy z ciekawości, czy z sympatii. Prawdę znają tylko Ci co tam przybyli, a było ich mnóstwo. Tłum prawie tak wielki jak na przybycie Cysorza Pana. Macie absolutną rację. To nie ta sama liga. Prezydenta wybrali ludzie, a Franciszek Józef zgodnie z tradycją został na cesarza namaszczony.




autor Paweł Czerkowski
Podziel się artykułem:
FaceBook  Twitter