Stosunkowo niedawno w artykule, który odnosił się do wywiadu-rzeki Wojciecha Bonowicza z Wojciechem Waglewskim, zawarłam takie oświadczenie: Nie ośmielam się pisać recenzji tej książki (chociaż strasznie mnie kusiło), głównie ze względu na to, że Wojciecha Bonowicza uważam za autorytet w dziedzinie literatury i każdą książkę, która wychodzi spod jego ręki, za majstersztyk.[1]

Faktycznie miałam na myśli szerszą deklarację: nie ośmielę się napisać recenzji ŻADNEJ jego książki. Ale jak nie pisać?... skoro znowu mnie zachwycił.  Tym razem Dziennikiem końca świata (Znak, Kraków 2019, ss. 192). Kiedy po raz pierwszy dotarła do mnie zapowiedź  tej książki, wywołała we mnie konsternację, czyżby również Bonowicz – słynący ze swojej dyskrecji, jeśli chodzi o życie prywatne – uległ naciskom, namowom, by opublikować swoje najbardziej prywatne z notatek? Ale później natknęłam się na informację, że będzie to zbiór felietonów, czyli nie do końca forma dziennika. Jednak i tak z pewną obawą otworzyłam książkę, gdy już do mnie dotarła. Co Bonowicz chce nam „sprzedać” tym razem?  Znając już zawartość Dziennika nazwałabym wstęp Autora przewrotnym. Nie pokrywa się z moimi odczuciami, które mam po lekturze. Ale chyba właśnie o to chodziło Autorowi, by kolejny raz pokazać nam, byśmy nie zawierzali tak szybko różnym deklaracjom, przepowiedniom (o końcu świata chociażby), politycznym obietnicom.

   Zacznę od tego, że w książce aż kipi od humoru. I jest to rodzaj humoru, który najbardziej lubię, czyli inteligentny, niechamski, nieprzyklejający łaty i patrzący z góry na wszystkich. Humor, który wirtuozersko wyśmiewa różne ludzkie przywary, nie wyłączając osoby samego Autora. Drugą cechą tego „dziennika”, który  przypomina kolorowy ”patchwork” zszyty z różnych gatunków literackich (felietonu, reportażu, poezji, pamiętnika, groteski), jest  plastyczność opisów. Ale akurat ona nie dziwi wiernego czytelnika tekstów Bonowicza. Charakteryzuje ją szczegółowość, naturalizm, wiarygodność. Bonowicz od dawna jest uważnym obserwatorem rzeczywistości. I właśnie od tej kwestii – jego oglądu rzeczywistości  - zaczyna swoją książkę.

(…) na ogół chętnie chodzę, śledzę, podsłuchuję. Taki zawód. Interesuje mnie, o czym i jak ludzie rozmawiają. (…) Nie żebym rwał się i od razu to, co podsłuchane, przekazywał dalej. Niemniej to, co tu zapisuję, ten dziennik niby, jest jakoś głosem wspólnym, głosem głosów, nie tylko pojedynczym. (s. 8-9)

W tych słowach Bonowicz pokazuje to, co najbardziej (w moim odczuciu) cechuje go jako pisarza: uważność i dyskrecja. W dalszej części tego wywodu o pisaniu przechodzi do kwestii bardzo mi bliskiej: jak mówić/pisać do „nie-swoich”? Do takich, którzy nie podzielają naszych poglądów?

Mamy „swój świat”, „swoją” prawdę, „swoje” wartości. Jeśli już musimy stanąć naprzeciwko „nie-swojego”, to na ogół milczymy, czekamy, może nie trzeba będzie rozpoczynać dyskusji, a tym bardziej bitwy. (…) Tyle że słowo, które jest tylko „swoje”, mowa tylko dla „swoich” nigdy nie stanie się prawdziwym argumentem. Trzeba znaleźć inne słowo, takie słowo, które to, co rozdzierane konfliktami, na chwilę połączy. Jakie to słowo? Zawsze takie samo? Nie wiem, ale wiem, że gdzieś takie słowo jest. Kiedy tak chodzę i podsłuchuję, wierzę, że je znajdę. (s. 10)

Poruszające. Chciałabym czytać, słuchać  więcej publicystów deklarujących taką otwartość. Ale poza ks. Adamem Bonieckim  nie słyszę takich głosów. Być może za mało czytam, za mało nasłuchuję. Oby to było przyczyną ich niesłyszenia, a nie ich brak. W książce są liczne odwołania do politycznej sytuacji w Polsce, zarówno wprost jak i w formie zawoalowanej, której przykładem jest groteskowe opowiadanie  Zapiski obywatela. Autor zadedykował je Sławomirowi Mrożkowi. Jest to parodia odwołująca się do pomnikowego już Raportu z oblężonego miasta Herberta , w moim odczuciu genialna. Autor wykazał w niej dużą dawkę dystansu nie tylko do miłosiernie nam panującego  rządu, ale i do siebie samego. Postać staruszka, będącego alter ego byłego ministra obrony AM,  odmalował tak zabawnie, że wszystkie moje strachy zaczęły się trząść, ale ze śmiechu. Przytoczę początek dla lepszego zobrazowania kunsztu tego języka:

Ponieważ w mieście brakuje dowódców, władze ogłosiły akcję: „Generał w każdej rodzinie!”. Natężyłem się, ale pękły mi szelki. Żona powiedziała, że ich nie naprawi i żebym lepiej siedział w domu. (…) Za to mieszkający w bloku naprzeciwko staruszek od wczoraj chodzi z fuzją. Staruszek ma wprawdzie zapalenie spojówek, ale ponieważ zgłosił się w urzędzie miasta jako pierwszy, dostał zgodę na strzelanie bez ostrzeżenia. Dobrał sobie kilku młodych chłopaków , którzy chodzą za nim i na zmianę mu tę fuzję ładują. Najbardziej gorliwemu z nich staruszek podarował medal, który miał w domu. (s. 51-52)

Więcej nie będę zdradzała. Czytajcie sami i śmiejcie się na zdrowie. Jak się okazuje można wyśmiać każdy „koniec świata” , również ten polityczny.  Bynajmniej nie chcę pozostawić tych, którzy jeszcze książki nie znają, z wrażeniem, że będą mieli do czynienia z książką publicystyczną, odwołującą się tylko do zagadnień społeczno-politycznych naszego kraju. Tak jak wspomniałam wcześniej Dziennik Bonowicza przypomina kolorowy patchwork i to nie tylko ze względu na różne formy, ale i treści. Znajdziecie w nim bardzo osobiste wspomnienia jak wizyta w domu Krystyny Miłobedzkiej, którą Autor obdarza wyjątkową estymą, czego daje dowód m.in. przywołując ją i jej poezję na swoich spotkaniach autorskich. Ta zacytowana na początku jego druga deklaracja, że Dziennik będzie „wielogłosem”  okazała się prawdziwa. Dlatego obok komiczno-dramatycznej relacji z przejażdżki pędzącą taksówką, znajdziemy wzruszające opisy: wsi ( jaką Autor  zapamiętał z dzieciństwa), leczącej dłoni babci, policjanta Ahmeda, który zginął podczas zamachu na siedzibę redakcji „Charlie Hebdo” w Paryżu czy też fenomenalny opis pasażera „pod wpływem”, z siatami, gadającego do niewidzialnych kompanów. Nawet swojemu kotu Leonowi  Autor oddał głos. Bo kota się nie zostawia i się nie wyjeżdża, gdyby ktoś jeszcze nie wiedział.

   Na koniec wspomnę o słowach, które nie dają mi spokoju odkąd usłyszałam je z ust bardzo mądrego księdza (to nie ironia, naprawdę uważam, że jest mądry i ma dobrą wolę). Chodziło o ”Tygodnik Powszechny” (dalej: TP) i jego opinię, że nie wszystkie treści , które prezentuje, są dobre, że niektóre wprowadzają ludzi w błąd, a taka „mieszanina”  jest po prostu niebezpieczna dla kogoś, kto nie umie rozeznać, co jest dobre, a co złe (na marginesie, śmiem twierdzić, że to „rozeznawanie”  to trudna sztuka dla każdego i że uczymy się jej przez całe życie). W domyśle chodziło mu też o relatywizm, który jest często podawanym zarzutem wobec redaktorów TP. Wojciech Bonowicz pisze felietony dla TP i wydaje się, że utożsamia się z filozofią tego pisma, czyli m.in. ideą „otwartego Kościoła”. Wspominam o tym z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że Autor w końcowej notce umieścił informację, że pisząc Dziennik końca świata wykorzystał niektóre felietony publikowane w TP w latach 2017-2019. Po drugie dlatego, że pomyślałam sobie, że ta książka przynosi odpowiedź na pytanie: czy Wojciech Bonowicz jest relatywistą? Dla mnie brzmi ona jednoznacznie: nie.  Bonowicz udowadnia , że otwartość nie musi spychać człowieka w relatywizm. Człowiek otwarty na „nie-swoich” może mieć bardzo jasny system wartości, któremu  jest wierny. A ci, którzy by mieli wątpliwości, jakie wartości są dla Bonowicza priorytetowymi, niech przeczytają ten fragment Dziennika:

   Dobrze jest znać umiar w pracy, kupowaniu, leczeniu się, podróżowaniu i w każdej innej rzeczy, nie wyłączając zachwytu. Dobrze jest przeczytać przynajmniej siedem książek w roku. Dobrze jest od czasu do czasu posłuchać wykładu kogoś wybitnego, nawet jeśli miałoby się tego wykładu nie rozumieć. Nie należy wierzyć w śmierć autorytetów; ludzie naprawdę wybitni nie zachowują się podle, co najwyżej czasem mogą o czymś zapomnieć. (…)

   Dobrze jest znać trochę biologii, fizyki, matematyki, historii, politologii, filozofii, a nawet teologii. Dobrze jest znać języki (…) Dobrze jest mieć do ludzi z innych krajów stosunek sympatyczny. (…)

   Należy szybko wybaczać, bo długie wybaczanie łatwo staje się pamiętliwością. Dobrze jest ulegać namowom ludzi ufnych, naiwnych i bezinteresownych. Każdy, kto ma pieniądze, niech się nimi podzieli z tymi, którzy nie umieją ich wydawać .Zawsze trzeba stać po stronie ofiar i tych, którzy nie mają głosu. Dobrze mieć niepełnosprawnego przyjaciela. Dobrze jest chodzić z dziećmi do ludzi starszych i samotnych. Dobrze jest dawać zwierzętom schronienie i traktować je jak członków rodziny.

(…) choć ludzie bywają denerwujący (niekiedy w najwyższym stopniu), to jednak bez nich byłoby jakoś dziwnie. Dobrze jest myśleć o nich jako o bliźnich, cokolwiek to znaczy.

  Dobrze jest – ze wszech miar dobrze – jeśli się kogoś lubi, przytulać go. (s. 182-183)

Może pogłoski o tym, że świat się kończy, bardziej nas zmobilizują, żeby przejąć się słowami Poety? On sam nie ma złudzeń, że tak się stanie, nie na skalę globalną.

Tego, co poetki, poeci szepczą nam na ucho, nikt nie będzie powtarzał na dachach. Ale dobrze wiedzieć, że jest ktoś, kto w tym świecie podniesionych głosów próbuje mówić rzeczy ważne – szeptem. (s. 92-93)

Słyszycie szept Bonowicza?
 
Agnieszka Sroczyńska Kostuch
 
 
 
[1] https://slawek-orwat.blogspot.com/2019/03/agnieszka-kostuch-moje-okno-na-muzyke.html?m=1&fbclid=IwAR2LmP2RVA_nkUxbZuLzVwZkX_VbaHFXY2ZjyoxWB3bTZDsviIx5P-BI4fA
Podziel się artykułem:
FaceBook  Twitter