/fot. pixabay/


Skoro Ewangelia na XV niedzielę zwykłą jest o Słowie, o jego bezbronności, takoż o warunkach, w jakich Słowo ma szansę rozbłysnąć w całej swojej krasie, a których spełnienie łatwe nie jest, o słowach (Słowie) pomyśleć spróbujmy. Myśl ludzka szuka swojego wyrazu w słowach. Dlatego słowa wydają się być królewską drogą do poznania otchłannych, ukrytych tajników myśli. Obraz, rzeźba, twory architektury, ogrody, wszelkie inne artefakty, wyrazem też są ludzkiej myśli, ale trudne do odczytania, bardziej labiryntem zdają się być aniżeli drogą. Jest jeszcze mowa ciała: przed tą nic się nie zdoła ukryć. A jednak i tym językiem fałszować może człowiek, ale on najprędzej skrywane zamiary zdradzi, wyświetli i światu pokaże.

Rumieniec, błysk oka, skrywany, ale wymykający się spod kontroli gest odsłonić mogą ukryte zamiary. Wiemy też nadto dobrze, iż myśl w słowach wyrażona, w nich równie odbijać się może, jak i skrywać głęboko, jak kłamać samą siebie. Pisała słusznie B. Skarga o związkach przeróżnych, jakie łączą myśl i język (słowo, mowę): „Spleciona z językiem, kształtująca się w słowach [myśl], istnieje dla siebie. I jakże mogłoby być inaczej, skoro tak często pod słowami się ukrywa, tak często chowa się w nich, by oszukać, skłamać, przemilczeć. Wiemy z doświadczenia, że czasem ton nadaje zgoła inny sens słowom, my jednak słuchając potrafimy zrozumieć intencje autora, potrafimy spod maski słów wydobyć to, co autentyczne. Każdemu jest też znane doświadczenie, gdy o czymś myśli, lecz trudno mu wyrazić te myśli, szuka odpowiednich słów, dobiera je coraz staranniej”.

Dama polskiej filozofii zwraca uwagę na istny dramatyzm wpisany we wzajemne relacje dziejące się między myślą a słowem. A to myśl skryć się chce za tkaniną słów, a to słowo może zdradzić w każdym momencie tajniki myśli. Myśl szuka precyzyjnych słów, by siebie wyrazić, ale szuka też stylistycznych figur, którymi i zwodzić i uwodzić chce, nagiąć do swoich zamiarów cudzą wolę. To wydaje się być celem wszelkich przemówień, kazań, każdorazowych publicznych mową wybrzmiałych wystąpień. Znowu posłużmy się celnymi uwagami Skargi: „Między myślą a językiem zachodzi swoista dialektyka, obie się nawzajem transcendują. Myśl w wysiłku twórczym, w poszukiwaniu nowych znaczeń stale rozbija ‘zwyczaje językowe’, gotowa kuć wyrazy lub starym nadawać zgoła inną treść, a jednocześnie owe nowo wykute formy wypowiedzi w swym funkcjonowaniu społecznym, a więc w odbiorze, przerastać zaczynają zawarte w nich uprzednio myśli, jak gdyby w jakiś tajemniczy sposób autor zawarł w słowach więcej, aniżeli pragnął, czy się spodziewał”. Myśl zdolna jest rozbić powszechnie akceptowalną i utrwaloną społecznie konotację i denotację danego słowa, ale równocześnie słowne formy wyrazu (poetyckiej ekspresji na przykład), więcej myśli zawierają niż autor w zamiarze miał w nie włożyć, więcej się przez nie przelewa treści, aniżeli myśl początkowo zamierzyła. Taką powagą cieszy się język poetycki poezji wysokiej, który cenić winniśmy wyjątkowo, za jego giętkość, dyspozycyjność, przejrzyście wyrażającą pomyślenie głowy.

Nie ma wątpliwości co do tego, że im bogatsza rzeczywistość, tym subtelniejszy winien być język, który stara się ją pochwyć, wyświetlić, wyrazić. Mowa ludzka zaiste posiada moc oswajania rzeczywistości, zakreślania konturów świata, dzięki niej świat staje się swojski, przyjazny, poznawczo pochwycony. Jest wszelako rzeczywistość, której oswoić niepodobna, a której próby pochwycenia kończą się druzgocącą klęską i goryczą niespełnienia. Taką Rzeczywistością jest Bóg. Mowa, która Go próbuje dosięgnąć winna stawać się bądź szczególnie wyrafinowaną sztuką składania słów, bądź zbliżać się do szczebiotu dziecka, bądź jeszcze zamilknięciem się kończyć. Najlepiej zaś by te ekspresje językowe jednym uczyniła.
Nie jest łatwą sztuka przepowiadania Boga. Tak łatwo stoczyć się może już to w moralizm (winieneś, nie powinieneś, możesz – etyka jak sztylet wymierzona w pierś człowieka, zatruwająca jego życie nieznośnie i boleśnie) już to w jałowe dywagacje metafizyczno – dogmatyczne. Człowiek zbyt ubogi jest w różnorodność sposobów opowiadania o Bogu – zostaje mu język i mowa ciała. Sztuki plastyczne też są do jego dyspozycji, ale te pragnienia epoki i stylów bardziej wyrażają aniżeli osobiste, niepowtarzalne próby przedarcia się ku Rzeczywistości Innej. Czy jednakże w przepowiadaniu Ewangelii i na piśmie i w słowie mówionym, zwraca się cokolwiek uwagi na język, jakim mówić przystoi o sprawach tak człowieka angażujących i nośnych egzystencjalnie, sprawach najgłębszych, sięgających samego rdzenia duszy? Siermiężny język kazań boli i niepokoi.

Zawłaszczony został przez retorykę polityczną, doraźną, tymczasową, sprowadzony do poszczekiwań z ambony. Zbyt mało subtelności, przemilczeń, istny bełkot teologiczno – polityczny. Przecie przepowiadaniem Ewangelii łowić winno się umysły pogubione, skołowane, zapętlone w siebie. Tymczasem po dawce niemiłosiernych zgrzytów syntaktyczno – semantycznych umysły te wychodzą jeszcze bardziej skołatane po wysłyszeniu kazania. Pisał A. de Saint – Exupery: „Jeśli pośrodku zdania jedno słowo podnosi głowę – zetnij mu ją. Gdyż nie chodzi o to, aby pokazać jedno słowo. Zdanie ma być jak sidła, w które złowisz czytelnika. Sidła zaś mają być niewidoczne”. Znakomitą wskazówką dla kaznodziejów może stać się to przesłanie myśliciela i pisarza. Język, jakim mówimy o Bogu, winien stawać się językiem mówionym z wnętrza Boga. Wówczas przestanie być rażącą przeszkodą, która utrudnia dotarcie do boskiej Rzeczywistości. Wówczas stanie się giętkim i posłusznym żywiołem, swoistymi sidłami, w które pochwycony słuchacz, dotknie choćby na moment wyzwolicielskiej mocy Boga.

Rzetelne kaznodziejstwo jeszcze o jednym zapominać nie może: to najpierw Bóg do człowieka przemawia. Sięgnijmy po Modlitwę Norwida:
Przez wszystko do mnie przemawiałeś – Panie!
Przez ciemność burzy, grom i przez świtanie;
Przez przyjacielską dłoń w zapasach z światem, [...]

I przez najsłodszy z darów Twych na ziemi,
Przez czułe oko, gdy je łza ocieni;
Przez całą dobroć Twą, w tym jednym oku, [...]

Przez całą Ludzkość z jej starymi gmachy,
Łukami, które o kolumnach trwają, [...].
Skoro takie jest bogactwo języka, którym mówi Bóg do człowieka, taka subtelność sposobów, na jakie przedziera się Bóg ku człowiekowi, czyż przystoi mu lekceważyć cały wodospad owej różnorakiej mowy? Zamiast w bełkocie i krzykliwej retoryce kaznodziejskiej topić sprawy Boskie, trzeba by w podziwie zamilknąć, by tym celniej i wyraziściej wybrzmiała mowa z wnętrza Boga. Oby usta wszelkiej maści kaznodziejów do wyznania Norwidowego skłonne były, zaś wyznanie to z całą traktować powagą raczyły
Panie! – ja nie miałem głosu
Do odpowiedzi godnej – i – milczałem;

Ks. Leszek Łysień
Podziel się artykułem:
FaceBook  Twitter