fot. pixabay

Od momentu, w którym Chrystus w dzień wniebowstąpienia opuścił ziemię, żyjemy w czasie adwentu, oczekiwania na Jego powtórne przyjście. Ku temu sam Mistrz dał powody, kilkakrotnie swój powrót zapowiadając. Oczekiwanie to w różnych epokach różne formy brało na się, raz będąc lękami i przerażeniem wypełnione i nastrojami końca świata, innym razem (zwłaszcza w wiekach pierwszych) całkowitym wychyleniem ku przyszłości i zaniechaniem jakichkolwiek działań ważnych z punktu widzenia teraźniejszości. Wyznawcy Chrystusa stracili zupełnie zainteresowanie światem, całą uwagę kierując ku mającemu nastąpić wydarzeniu paruzji, czyli powtórnemu przyjściu Mistrza z Nazaretu.

Spróbujmy przyjrzeć się zawartości znaczeniowej słów w tytule wymienionych. Apokalipsa z języka greckiego (apokalipto) oznacza odkrywam, objawiam, apokalipsis – odkrycie rzeczy tajemnych, objawienie. Może oznaczać z jednej strony nurt religijny czynny i znaczący w epoce późnego judaizmu i wczesnego chrześcijaństwa. Były to czasy prześladowań, zamętu, niepewności. Umysły ludzkie przeczuwały pośród grozy wydarzeń nadejście przyszłości ostatecznej, kiedy to dokona się zupełne rozliczenie i porachowanie świata: kara dosięgnie złych, dobrzy zostaną nagrodzeni. Zanim jednak koniec świata nastąpi, sprawiedliwi ucisk muszą cierpieć, grzech i szatan dojmująco o sobie przypomnieć muszą. Szczególne natężenie zła, jego kondensacja, przymuszają niejako, przyśpieszają nadejście Mesjasza, wyzwoliciela, zbawcy. Wielekroć logika apokaliptyczna ludzkim myśleniem rządziła, nawet bardzo zsekularyzowanym. Oto np. K. Marks był przeświadczony, iż proletariat, któremu przypisywał rolę mesjańską, musi dostąpić całkowitej nędzy odczłowieczenia, aby mogły się w nim potencje mesjańskie obudzić. Dopiero z dna bezgranicznej nędzy poderwie się i jako mesjasz zbiorowy wprowadzi ludzkość w nową erę społeczeństwa bezklasowego.

Z drugiej strony apokaliptyka oznacza specyficzny gatunek literacki, dla którego charakterystyczne jest używanie obrazów i symboli, wizyjność i oniryczność, kabalistyka czyli kombinacje liczb. Teksty apokaliptyczne winny być odczytywane w sposób symboliczny, nigdy dosłowny. Powstało ich bardzo wiele, z nich zaś najbliższym nam jest tekst apokalipsy przypisywany św. Janowi, zaś złożony w ostatnią księgę kanonicznych pism biblijnych.

Tajemny zapis znalazł się na kartach Apokalipsy św. Jana w rozdziale 20, odsłaniający i wyjawiający, jak to w wyniku Wcielenia i Odkupienia szatan i diabeł, Wąż starodawny związany został na tysiąc lat, a potem ma być uwolniony już na krótko, by jeszcze zwodzić i omamić narody. Wreszcie nastąpi ostateczne starcie między siłami dobra i zła, zakończone powrotem Chrystusa i Sądem Powszechnym. Na bazie tego tekstu apokaliptycznego zrodziło się oczekiwanie na tysiącletnie królestwo na ziemi (ruchy, które takie królestwo głosiły zwały się millenarystycznymi bądź chiliastycznymi),w którym panował będzie Chrystus – jeszcze przed właściwym końcem świata – wraz ze sprawiedliwymi już wskrzeszonymi do życia wiecznego.

Armageddon zaś oznacza miejsce ostatecznego starcia sił dobra i zła (w Apokalipsie Har – Magedon). W wyniku tej konfrontacji królowie ziemi przegrają wojnę z Bogiem.

Myślenie według Apokalipsy jest przeniknięte przeświadczeniem, iż ostatecznie – choćby się jak najgorzej sprawy świata miały - zwycięży dobro. Z drugiej strony stwarza mentalność katastroficzną, która ostatecznie wybrzmiewa w wizji historii staczającej się w otchłań potęgującego się zła. Współcześnie zamiast wizyjnych obrazów rodem z apokalipsy Janowej inne mamy tropy historii zanurzającej się w oparach dławiącego zła. Pisał U. Eco w rozmowach z kardynałem C. M. Martinim: „Zamiast siedmiu trąb, gradu, morza zmieniającego się w krew, upadku gwiazd, szarańczy wysypującej się w kłębach dymu ze studni w otchłani, zastępów Goga i Magoga, Bestii wynurzającej się z morza – mnożące się składowiska odpadów nuklearnych, już nie kontrolowane i nie dające się kontrolować; kwaśne deszcze; kurcząca się Amazonia; dziura ozonowa; migracje hord wydziedziczonych, nagle wyrastających pod drzwiami dobrobytu, aby w nie stukać, niekiedy nawet łomotać pięściami; głód panujący na całych kontynentach; nowe, nieuleczalne zarazy; metodyczne niszczenie gleby; zmiany klimatyczne; lodowce, które wnet się roztopią; inżynieria genetyczna, która niebawem skonstruuje nasze ‘replikanty’; mistycyzm ekologiczny głoszący konieczność samobójstwa samego rodzaju ludzkiego, który musi zginąć, aby ocalić gatunki niemal już całkowicie przez siebie wyniszczone i matkę Gaję, którą wynaturzył i zdusił”. Pytamy - dokąd to wszystko prowadzi? Jak by nie było, myślenie apokaliptyczne zrodziło historię jako następstwo epok, wieków, zmierzających ku ostatecznej przyszłości, która jednak wyłoni się z spoza historii. Ta przyszłość ostateczna to cel wszelkiego dziania się. Historia żyje napięciem, jakie rodzi się pomiędzy przeszłością, teraźniejszością i przyszłością. Z tego napięcia zbudowany jest człowiek.

Pierwsze pokolenia chrześcijan całą swoją uwagę kierowały ku przyszłości, ku bliskiemu przyjściu Chrystusa, które sam Mistrz zapowiadał wielokrotnie. Upiły się przyszłością, zapominając o teraźniejszości. Wtedy pojawił się św. Paweł, który napominał swoich braci: „trzeźwymi bądźcie”. Znaczy to: przywróćcie właściwe relacje między teraźniejszością i przyszłością. W przyszłość należy wybiegać, aby właściwie pojąć sens teraźniejszości, niemniej nie można od teraźniejszości uciekać. Oskarżano chrześcijan o to, że zarażają ten świat obsesją końca, że nie pozwalają mu cieszyć się chwilą obecną, ciągle niepokojąc apokalipsą i bliskim końcem. Słuszny to, czy niesłuszny zarzut? Człowiek czasu obecnego żyje wedle reguły: bibamus, edamus, cras moriemur [pijmy, jedzmy, jutro wszak pomrzemy]. Tym samym obszar jego zainteresowań zawęża się do czasu obecnego, do teraźniejszości pojmowanej doraźnie. Człowieka takiego nurtuje jeden tylko lęk, który zresztą wszelkimi sposobami usiłuje zagłuszyć: to lęk przed końcem. Obsesja końca dotyka oto nie wyznawców Chrystusa, ale istotę poddaną terrorowi historii, która nagle ni stąd ni zowąd zakończy swój bieg i wszystko raz na zawsze się skończy. W pełnej rezygnacji konstatacji zamyka się życie człowieka – efemerydy poddanego jałowemu przeliczaniu kolejnych lat swojego życia: „Moje psy już wyzdychały / w moim ranczo pusto wszędzie / jeszcze ja wyzionę ducha / i wszystkiemu koniec będzie”.

Uczeń Chrystusa wie, że nie w stronę końca historii zmierzamy, ale ku celowi, który wyrasta spoza historii. Na cel ten naprowadza nas nadzieja chrześcijańska. To ona koniec przekształca w cel, zaś lęk przed końcem zamienia w pełne lekkości zbliżanie się do celu.

Ks. Leszek Łysień
Podziel się artykułem:
FaceBook  Twitter