/pixabay/

"Słowo stało się ciałem i zamieszkało między nami. Świat stał się przez nie, lecz świat Go nie poznał."

Wszyscy przejęci dziś jesteśmy radością Bożego Narodzenia. Ta radość płynie z wiary, że Bóg stał się człowiekiem i przyszedł na świat. Przygotowywaliśmy się do tego radosnego świętowania przez cały adwent mówiąc, że to nie tylko wspomnienie wydarzeń sprzed dwóch tysięcy lat, ale że to także zapowiedź tego, co ma się stać, że On przyjdzie jeszcze raz na końcu czasów aby zaprowadzić ostateczną sprawiedliwość, że wtedy będą się razem pasły wół i lew, że dzieci będą bawić się wraz z najgroźniejszymi zwierzętami i nic im nie będzie. Ale zanim to nastąpi, zanim zapanuje ta ostateczna harmonia i miłość na świecie, On musi narodzić się w nas. I może rodzić się pytanie: Jakże ma się we mnie narodzić? Przecież to się już dawno stało. Jesteśmy wierzący, ochrzczeni, cóż jeszcze ma się takiego stać? To prawda On się w nas narodził, ale czy my jesteśmy tymi samymi co wtedy ludźmi? Przecież minęło od tamtych lat wiele czasu. Jesteśmy bogatsi o wiele doświadczeń, jesteśmy nieco starsi, inaczej myślimy, patrzymy na świat, oceniamy, wartościujemy, mówimy. Dlatego On musi ciągle w nas rodzić się na nowo. Trzeba Mu pozwolić co roku swoją Obecnością obejmować te nasze nowe myśli, to nasze nowe spojrzenie na świat i wszystko to włączać w radość Bożego Narodzenia, ażeby w ten sposób tajemnica Wcielenia dopełniała się z roku na rok po wszystkie czasy.

Człowiek jest taką istotą, która wciąż szuka i wciąż przekracza próg swoich dotychczasowych osiągnięć. Osiągnąwszy coś chce ciągle więcej. I dobrze, że tak jest. To pragnienie Stwórca zaszczepił w naszej duszy mówiąc, abyśmy czynili sobie ziemię poddaną. Więcej, On sam wyszedł na spotkanie tych dążności, które tkwią w człowieku; dążności do przekraczania siebie, żeby więcej zdobyć, więcej osiągnąć, żeby kimś więcej jeszcze być. Na spotkanie tej człowieczej dążności wychodzi Bóg i - stając się człowiekiem - wskazuje nam ostateczny kres możliwości, a więc spełnienie tych ludzkich dążeń. Kres ten i spełnienie nie tkwi w stworzeniu, nie tkwi w widzialnym wszechświecie, ale tkwi w Bogu samym. Człowiek może przekroczyć siebie i osiągnąć ostateczne spełnienie nie tylko przez to, że jeszcze dalej pójdzie w kosmos albo w głąb otaczającej nas materii, ale przez to, że dziś staje się synem Bożym. Mówią o tym dzisiejsze czytania: "Dał im moc, aby się stali dziećmi Bożymi". To jest ten inny sposób przekraczania człowieczeństwa, inny, pełny sposób samorealizacji. Dał nam moc, ażebyśmy opanowywali ziemię, stworzenie, kosmos. Dał nam tę moc. Ale to nie koniec. On dał nam moc abyśmy się stali synami i córkami Bożymi. Tak. Tę moc nam pokazał rodząc się w betlejemskiej stajni. Kiedy dziś kolejny raz w naszym życiu stajemy przy betlejemskim żłóbku trzeba nam, zdając sobie sprawę z tego jak bardzo rozwinęliśmy moc panowania nad przyrodą zapytać, jak rozwinęliśmy tę drugą moc, nadprzyrodzoną moc? Jak daleko i na ile staliśmy się dziećmi Bożymi? Bo gdyby między pierwszym i drugim rozwojem człowieka zachodziła wielka dysproporcja byłoby to dla nas niebezpieczne. Człowiek staje się wtedy zbyt ufny wobec sobie. Nie rozwijając się duchowo przestaje potrzebować Pana Boga. Myśli, że sam sobie ze wszystkim poradzi.

Bóg ma się w NAS narodzić. Trzeba więc, żebyśmy rok rocznie ten betlejemski żłóbek otaczali i o tym sobie przypominali. Stąd bije światłość wielka, która oświeca każdego człowieka. Świat Go nie rozpoznał - a my?

Andrzej Kozubski, ks.
Podziel się artykułem:
FaceBook  Twitter