/pixabay/

Pewnie nigdy nie będzie nam dane wejrzenie w głębie Boskich zamysłów, które swój wyjątkowy wyraz znalazły w mroku i jasności Nocy Betlejemskiej. Nie wiemy zaiste i wiedzieć nie będziemy wiedzą pewną i przejrzyście adekwatną, co wydarzyło się w tamtą noc, w tamtym czasie i miejscu. Liturgia Kościoła na swój sposób usiłuje tajemniczość nocy wyjątkowej wyświetlić. Jej piękno i głęboka sugestywność wzruszają, wystrój świątyni porywa w dziedzinę marzeń. Kolędy uroczo nas w nastrojowość wspomnień o tamtym wydarzeniu wprowadzają, obyczajowość bożonarodzeniowa gęstą siecią oplata te pamiętne dni. Komercja (na niespotykaną skalę spotęgowana) trywializuje i deformuje przesłanie Betlejem. Kulminuje gorączkowym szaleństwem zakupów i manią prezentów. Wszystko to kręci się jedynie wokół głębi otchłannej planów i zamierzeń Boga niepojętego, nie sięgając w nią i nie pozwalając się nią porwać.

Nie sięgnie głębi, kto powierzchni pozwala się uwieść. Jakiż to człowiek zatem rozmija się z Bogiem, który narodził się człowiekiem, ale i rodzić się chce w człowieku, porywając go na niewyobrażalne wyżyny ducha rozszerzonego w nieskończoność. To człowiek każdej epoki, zbyt ziemski i ziemią opętany, wciąż niewprawny w sprawach Bosko – ludzkich, od Boga oderwany, zatem rozrywany przez świat. Nie wiadomo, gdzie przypisany: ani ku Bogu ulatujący, ani w ziemię wkorzeniony. Efemeryda upiorna pląsająca swawolnie na granicy. Upiór to zjawiskowa postać, która nie wiadomo gdzie przynależy. Zawieszona między niebem i ziemią. Zjawa. Nie chce jej ani ziemia ani niebo.

Nie zjawy pytać będziemy o tajemnicę Narodzenia Boga człowiekiem. Spytamy mistyków, którym najgłębszy wgląd dano w otchłań Boga, którzy też przenikliwe pojęcie mają o kondycji ludzkiej. Mistyka jest rdzeniem wszelkich doświadczeń religijnych. Powiada nam zatem Anioł Ślązak, XVII –wieczny mistyk barokowym zwany w jednym ze swoich świetnych dystychów:

                              Choćby tysiąckroć Bóg w Betlejem był zrodzony,

                              A w tobie – nie, toś jest na wieki już zgubiony.

W wielką konfuzję nas wprawia jedną swoją wypowiedzią mistrz o wyostrzonym spojrzeniu. Najbezbożniejsi z bezbożnych nie kwestionują narodzin niejakiego Jezusa w Betlejem. A i owszem. Urodził się, historycznie najdonioślejsza z wszystkich spraw, ale co z tego wynika? Człowiek z człowieka człowiekiem się rodzi. Nic nadzwyczajnego. Wszak scholastycy w wiekach średnich powiadali, iż proces rodzenia tyle oznacza, co wedle tej samej natury pochodzenie jednej istoty żywej od drugiej. Że człowiek poczyna się w człowieku, potem się z niego rodzi, sensacji nie wzbudza. Że Bóg jednak w człowieku się poczyna, a potem rodzi się z człowieka, a wedle mistyka urodzić się winien w człowieku, oznacza pomieszanie na skalę uniwersalną. Jakże Bóg z człowieka i w człowieku. Toż to radykalnie inne natury rozdzielone nieskończonym dystansem. Jakiż musiałby być człowiek, żeby z niego Bóg się narodził? Jak szalony musiałby być Bóg, żeby zechcieć narodzić się z człowieka i człowiekiem się stać? Bóg rodzi przecie swego Syna odwiecznie, mówi nam prawda wiary o troistym Bogu, Bóg z Boga, ale Syn – Bóg rodzi się synem człowieczym z człowieka. Przecież to niepodobna. Mistyk podoła jednak ciężarowi tej prawdy. Pisze jeden z mistyków nadreńskich (największy z nich) Mistrz Eckhart: „A tak wielka jest w Bogu potrzeba dawania tobie, że nie może czekać i pierwszy daje ci samego siebie. Jest w nas tak do szaleństwa zakochany, jakby zapomniał o niebie i ziemi, o całej szczęśliwości i swoim bóstwie”. Stosownie do takiej bezgraniczności dawania trzeba też uwagę skierować na możliwość otchłannej głębi przyjmowania. Kim jest człowiek, zdolny do przyjęcia takiego Daru? Mistyk mocen jest wyśledzić głębie człowieka. Opisuje zatem Mistrz Eckhart dziewicze ostępy człowieka jako „wierzchołek”, „iskierkę”, „warowne miasto”, władzę najgłębszą i najwyższą w istocie ludzkiej. A potem w jednym ze swoich słynnych Kazań tak mówił będzie do słuchaczy: „W tej samej wzmiankowanej przeze mnie władzy, tej której z całym swym Bóstwem płonie i okrywa się zielenią Bóg, a w nim również Duch – w niej Ojciec rodzi swego Jednorodzonego Syna tak samo rzeczywiście, jak rodzi Go w sobie samym”. Jakąż trzeba mieć szerokość, zakrój widzenia, żeby taką dać człowieka charakterystykę. Potem Mickiewicz w uniesieniu poetyckim powie: „Człowieku, gdybyś wiedział, jaka twoja władza”.

W otchłannych tajniach człowieka rodzi się rzeczywiście Bóg – powiada mistrz z Hochheim. Starajmy się zachować jednak pewne proporcje. Bolesne nie do wyrażenia są każde narodziny człowieka z człowieka. Jakiż zatem ból sprawiać musi narodzenie się Boga z człowieka i w człowieku. Wiemy przecież, iż w człowieku rodzą się myśli, obrazy, pojęcia, koncepcje, plany, zamierzenia: wszystko to wiąże się już z jakimś wysiłkiem. Tymczasem żeby mógł narodzić się w człowieku Bóg, trzeba siebie wyczyścić do cna, rozbić, rozerwać swoje związki ze sobą i światem, rozerwać na strzępy swoje obrazy, pojęcia, z trudem wznoszone konstrukcje planów, schematów świata. Te bliskie, serdeczne, ciepłe, miłe i moje. Mistrz Eckhart ten proces bolesny nazywa odosobnieniem, oderwaniem, wyrzeczeniem, a wszystko to kulminuje w wolności jako zdolności wchłonięcia w siebie Dobroci Boga w przestrzeń opróżnioną z siebie i świata. Kiedy w niewoli jestem pojęć i koncepcji swoich własnych a nadto i światowych rzeczy, w świat uwikłany bezgranicznie, kiedy dostępu do twierdzy wewnętrznej, iskierki duszy, broni mi moje światem odurzone ja, wówczas kłodą się staję, która uniemożliwia poszerzanie się boskiego dobra. I dusza moja, która wzbrania się przed rodzeniem Boga karleje i na zgubę się skazuje. Tak to od ludzkiej wolności zależy wolność Boga, czyli poszerzanie i napełnianie świata Boską dobrocią. Bólem odosobnienia naznaczony człowiek (jak matka bólem noszenia i rodzenia dziecka przebita) bardziej przenikliwy wgląd zyskuje w obszary świata. Nie wyzbywa się świata poprzez jego unicestwienie, ale zyskuje go na nowy sposób już nie fałszując go poprzez zawłaszczanie, ale pozwalając światu być sobą. Jak kobieta rodząc dziecko z dojmującego bólu wyłania się jako matka, wzbogaca świat nową jakością i radykalnie nową rzeczywistością. Daje światu siebie jako matkę i daje światu dziecko, które nowymi oczami zobaczy go po raz pierwszy. Żeby począć i urodzić Boga trzeba być wolnym i dziewiczym. Dziewica to ktoś, kto sięga źródła i źródłowo postrzega świat, widzi wszystko takim, jakim jest w Bogu, jakim było, kiedy jeszcze świat nie zaistniał. Dziewiczość bierze się z bólu wolności.

Oto my w samym środku świąt Bożego Narodzenia. Bóg się już narodził. W Betlejem. Raz. Nieodwołalnie. Śmiem wątpić, czy narodzi się w duszach naszych ściśniętych lękiem pandemicznym, w duszach zubożonych pazernością, rozerwanych na strzępy przez głupią, nachalną, piskliwą i histeryczną reklamę, skołowanych komercją, opętanych światem i sobą. Wierzę jednak w cud narodzin Boga w duszach niewielu, które miłosierdziem powodowane zapalą innych betlejemskim życiem.

                                                                      

 Ks. Leszek Łysień

                             

         

Podziel się artykułem:
FaceBook  Twitter