Wierzysz w cuda? Ja wierzę, bo miałam okazję doświadczyć ich z bliska. „Spadły” na mnie tak nieoczekiwanie, jak nieoczekiwanie pojawiła się w moim życiu choroba i strach o jutro. O to, czy jakieś jutro w ogóle nadejdzie. Przeczytaj historię napisaną przez życie. Historię, która mogła przydarzyć się każdemu, lecz przydarzyła się mi, otwierając oczy na miliony spraw, które tak łatwo przegapić...


Początek…


Jak wygląda życie, gdy ma się 28 lat? Moje tak naprawdę dopiero się zaczęło. Miałam ukochaną córeczkę i męża. Byłam szczęśliwa. Chyba w tym momencie do życia niczego innego nie potrzebowałam, miałam wszystko. Pamiętam, że w pewnym momencie pojawiła się w mojej głowie nawet taka szybka myśl „jestem szczęściarą… inni mają tyle trosk… mnie nieszczęścia omijają”. Myśl zaświtała tylko na sekundę i znikła, ale jakiś niepokój pozostał.

No i wykrakałam…
Minęło parę tygodni - trzy może cztery. Poczułam, że coś jest nie tak, pojawił się ból nerek. Wizyty u lekarzy i  badania. Na razie żadnej diagnozy. Oglądając encyklopedię zdrowia kartka zatrzymała się na haśle „rak szyjki macicy”. Przeczucie? Przypadek?



Los już wiedział…
Miałam piękne, długie włosy. Jesienna pogoda prostowała je jeszcze bardziej, a ja tak chciałam mieć loki. Usiadłam na fotelu, fryzjerka do której chodziłam od lat z cierpliwością nawijała wałek po wałku. Trwała ondulacja miała być sposobem na zbyt proste włosy. Moja 4-letnia córeczka siedziała obok przeglądając kobiecą prasę na stoliku. Miało być tak pięknie, ja miałam być piękna. Nie udało się. Włosy wylądowały na podłodze. Bezpieczna, ziołowa ondulacja spaliła je niemal całkowicie. Przyszłam z warkoczem do pasa, wyszłam obcięta „na chłopaka”. Intensywnie zapamiętałam krzyk mojego dziecka „niech pani odda mamie włosy!”. A ja, co czułam ja? Nie wiem. Nie było we mnie złości. Dlaczego? Następnego dnia przyszłam do salonu. Było mi żal fryzjerki, płakała w nocy. Dwa dni po feralnej „trwałej” poszłam do lekarza po wynik.

Włosy kiedyś odrosną…
O ironio losu. Operacja, potem chemioterapia, naświetlania i całe mnóstwo innych dodatkowych czynności, które mają ratować moje życie. Włosy to mój najmniejszy problem. Swoją drogą, jakie to wszystko dziwne. Bezpieczna „trwała” niszczy mi włosy, a chwilę potem okazuje się, że i tak niewiele by z nich zostało. Lepiej stracić włosy u fryzjera, czy po chemii? To trochę tak, jakby los mnie delikatnie przygotowywał na kolejne wydarzenia. A było źle.

Prawda. Boję się jej…

Głos lekarza jest rzeczowy. Żadnych złudzeń, obietnic. Konieczna jest szybka operacja. 28-letnia dziewczyna, pełna marzeń styka się ze ścianą. Moja kobiecość. Macica, jajniki, jajowody… Muszę pogodzić się z ich odejściem. Muszę żyć. Mam dla kogo. Wszystko toczy się bezlitośnie szybko. Konsultacje w kolejnych szpitalach i strach, który czai się wszędzie, ale to nie on mnie przeraża. Pierwsza rozłąka z córką. To ona sprawia mi ból nie do opisania. Pielęgniarka przynosi leki przeciwbólowe. Nie chcę, na to nie ma lekarstwa. Chcę do dziecka. Chcę do swojego życia.

Tonący brzytwy się chwyta…

Nie pamiętam nawet, kiedy sięgnęłam po różaniec. Teraz był ze mną. W dzień i w nocy. Ocierał moje łzy, słuchał skarg. Kiedy spałam czuwał pod moją poduszką. Mój różaniec z Lichenia, o którym zapomniałam. Moja przystań, mój ratunek. Jakże aktualne stało się powiedzenie „jak trwoga to do Boga”.

Patrzę i widzę…

Kiedyś mogłam, ale nie chciało mi się. Teraz chciałam i nie mogłam. Przewrotność losu? Inaczej wygląda świat ze szpitalnej perspektywy. Sucharek po kilku dniach głodówki staje się rarytasem, możliwość uczestniczenia we Mszy św. - wyzwaniem. Droga ze szpitalnego łóżka do szpitalnej kaplicy to kilka pięter do pokonania. Wysiłek czasami ponad ludzkie siły. Ja się uparłam. Dreny, rurki, cewniki… zabrałam ze sobą i wyruszyłam na spotkanie z Bogiem. Z tych chwil pamiętam niewiele. Stałam tam i płakałam. Całą Mszę. Chyba człowiek nie ma limitu łez. Ja nie miałam. Jeszcze chwilę temu prowadziłam swoje beztroskie 28-letnie życie, teraz czekałam na sakrament namaszczenia chorych. Jak szybko wszystko się zmienia. Za szybko.

Jasny promyk słońca…

Uśmiech - na niego też przyszła pora. Stałam się silniejsza. Skąd czerpałam swoją siłę? Z różańca. Ktoś powie „kolejna nawiedzona kobieta…” ale to on dawał mi ukojenie i nadzieję. To on dostawał ze mną kolejną dawkę chemii i czekał cierpliwie w kieszeni kurtki, gdy lekarze serwowali mi kolejne naświetlania. Nigdy nie byłam przesadnie religijna. Bóg był w moim życiu, ale nie na pierwszym miejscu. Na którymś z kolei. Po rodzinie, po spotkaniu, po wczasach, po pracy. Zawsze po czymś, nigdy pierwszy. Teraz chwyciłam go obiema rękami i nie chciałam puścić. Był moją nadzieją, bo jeśli nie on to nikt. Nie powiem, że już nigdy nie płakałam, że nie bolało, albo że się nie bałam. Nadal bałam się wielu rzeczy, samo słowo „rak” budziło we mnie lęk. Omijałam go szerokim łukiem, wypierałam z myśli, nie mówiłam o nim, nie czytałam, nie słuchałam.

Ból…

Może być mniejszy lub większy. Może wykrzywiać twarz. Może stać się udręczeniem. Mój ból? Bywało ciężko, czasami tak bardzo, że brakowało tchu. Przekonałam się, że potrafi boleć do nieprzytomności, ale wiem, że są ludzie, którzy cierpią bardziej.

Moja siła…

W tej swojej chorobie stałam się spokojniejsza niż przed tym „wydarzeniem”. Zrozumiałam, że niewiele zależy ode mnie, że nie rządzę tym światem. Zatrzymałam swój bieg. Zobaczyłam chmury, usłyszałam ptaki. Nastał spokój, ale niepewność nie odeszła. Każdego dnia bałam się, że mnie zabraknie, że nie zdążę nacieszyć się moją córką… że mój mąż zostanie sam… Stado czarnych myśli, które jak bumerang wracały burząc mój ciężko budowany spokój. Nie ma dnia, żebym nie myślała o swojej śmierci. Każdego dnia, miesiąca, roku… ta myśl powraca. Choroba uświadomiła mi, że życie to krucha chwila. Odchodzi sąsiad z łóżka obok, sąsiadka z sali naprzeciwko… Dzisiaj oni – jutro ?

Choroba…

Diagnoza nie była taka, jakbym sobie tego życzyła. Źle. Mama poprosiła siostry Elżbietanki o modlitwę za mnie. Nawet nie wiem, kto wtedy jeszcze modlił się o moje zdrowie, kto prosił Boga o moje życie… Modlitwa ma ogromną moc – dzisiaj to wiem.

Pomoc idzie z góry…
Przeszłam operację, chemioterapię, radioterapię, brachyterapię. Wróciłam do domu, do moich bliskich. Mój mąż, moja ostoja zawsze był obok. Nie odszedł, nie przestraszył się, nie zawiódł. Kolejne badania, kolejne wyniki… i wiadomość „nie jest tak źle, jak prognozowano”. Moja karta odwróciła się o 360 stopni. Nie było nadziei, jest nadzieja… Wiem, że to nie przypadek – Bóg pozwolił mi żyć, cieszyć się każdym dniem, doceniać każdy szczegół. Dotknęłam cudu i co najważniejsze wiele rzeczy zrozumiałam.

Sens…
Wierzę, że wszystko ma swój sens. Może czasami nie dostrzegamy go, może wydaje nam się, że choroba jest karą, a długie życie nagrodą… Czy jednak na pewno? Może Bóg zsyłając na nas cierpienie chce nas jednak przed czymś ochronić? Doświadczyć? Zmienić?
Mnie zmienił, nie pędzę, nie gonię za marzeniami, cenię czas, dostrzegam ludzi. Bywają dni, kiedy pojawia się myśl „jaką osobą byłabym, gdyby nie choroba?”. Boję się, że jednak gorszą…

Wiara…
„Skąd ten wesoły nastrój? Czy pani w ogóle wie, na co choruje?” – zapytał podczas obchodu lekarz. „Wiem tyle, ile wiedzieć powinnam” – odpowiedziałam. Wyglądało to tak, jakby jego niepokój budził mój dobry humor. Dziwne, prawda? Lekarz strofuje cię, bo nie załamałeś się… nie wyciskasz przed nim łez… bo zaczynasz się uśmiechać. Nie wie tylko ile musiałam przejść, żeby znaleźć się w tym miejscu w którym jestem. A ja lubię swój dobry humor, bo to moja siła, którą czerpię z modlitwy. Łzy – też się pojawiają, ale nie są już skargą.

11 lat później…
Cenię każdą chwilę. Widzę, jak odchodzą sąsiedzi, znajomi. Doświadczam bólu bliskich mi osób. Kiedy rozpędzam swoje myśli, przypominam sobie czas, gdy miałam 28 lat… i zwalniam pęd. Moja córka ma już naście wiosen, mąż nadal mnie wspiera. Życie toczy się dalej. Nie narzekam na swój los – tego nauczyły mnie tamte lata. A cuda? Jestem pewna, że się zdarzają. Nie tylko od wielkiego święta, ale każdego dnia. Trzeba tylko umieć je dostrzec, zobaczyć w zwykłych rzeczach, w codziennych sprawach. I wierzyć, bo kiedy Bóg jest w naszym życiu, wszystko jest na swoim miejscu.

Tekst i foto: Barbara Stelmach-Kubaszczyk

Podziel się artykułem:
FaceBook  Twitter