fot. Marek Danielewicz

Co robisz, kiedy znajdujesz na swojej drodze perłę? Podnosisz ją i zanosisz do domu? Pokazujesz bliskim czy chowasz przed ich oczami? Chcesz cieszyć się nią z innymi czy drżysz, by nie dowiedzieli się o jej istnieniu? Jeśli mówisz, że żadnej perły w życiu nie znalazłeś, to znaczy, że potrzebujesz oczyszczenia wzroku, słuchu i innych zmysłów.     
    Wierzę, że Pan kładzie perły na drodze każdego człowieka. Czasami są nimi ludzie, czasami sprawy, będące rodzajem misji, powołania, a czasem łaska wiary, talent, chwila olśnienia, dzieło sztuki, melodia, słowo.

   Rok temu na swojej drodze spotkałam jedną z takich pereł. Był nią Jarek Kąkol. Bard z Wieprza k. Żywca, lider zespołu Małe Kino. Zachwyciła mnie jego interpretacja wierszy klasyków, do których mało kto wraca (nie wyłączając samych poetów). Za jego sprawą na mojej drodze znalazła się kolejna perła – Ola Danielewicz ze Ślemienia. Pierwszy raz usłyszałam jej cudowny śpiew kilka miesięcy temu podczas mojego pierwszego pobytu w jasienickiej kawiarence Cafe Filo, w której przedstawili z Jarkiem Kąkolem i ks. Leszkiem Łysieniem spektakl „Ponad ciemność” (relacja z niego dostępna jest tu: https://poecipolscy.pl/aktualnosci/ponad-ciemnosc).

     6 kwietnia przyjechałam ponownie do Jasienicy, żeby wysłuchać nowego spektaklu słowno-muzycznego „porty kruchemu wznoszę trwaniu”, ułożonego według pomysłu Oli Danielewicz. Sama określiła go tak: „Spektakl, który mi się przyśnił. Który sobie wymarzyłam”. Ale również podkreśliła: „Każdy z artystów jest tak naprawdę współtwórcą całości”. Wystąpili w nim: Ola Danielewicz (śpiew, gitara), ks. Leszek Łysień (recytacja wierszy), Jarek Kąkol (śpiew, gitara), Marcin Pokusa (śpiew, skrzypce) i Wojciech Świerzyna (gitara). Nad właściwym nagłośnieniem czuwali akustycy: Mateusz Okrzesik i Krystian Paluch.

   Tym razem spektakl został wykonany w zabytkowym  budynku kościoła. Jego wnętrze – przytulne i ciepłe od barwnych fresków i witraży, pełne dobrej energii, a właściwie ducha – było piękną, architektoniczno-duchową oprawą dla tego spektaklu. Bez wątpienia już przed jego rozpoczęciem wprowadzało uczestników w klimat refleksji.
     Ks. Leszek Łysień, jako gospodarz tego miejsca, przywitał zebranych i zaprosił na „wieczór poezji”. I rzeczywiście – to poezja była główną bohaterką tego spotkania. Ostatnio usłyszałam od znajomego poety, że zorganizować – udane - spotkanie poetyckie jest bardzo trudno. Moje doświadczenie uczestnictwa w takich spotkaniach potwierdza tę tezę. Jedną z najtrudniejszych rzeczy jest utrzymanie uwagi słuchaczy na wierszach, których zrozumienie zazwyczaj wymaga poważnego wysiłku intelektualno-emocjonalnego. Ale jest to możliwe, szczególnie, gdy artysta prezentujący wiersz (poprzez recytację czy śpiew) wie, o czym mówi/śpiewa. I właśnie ta świadomość wiersza, umiejętność odczytania i przekazania jego sensu innym, są dla mnie głównymi zaletami piątki Artystów, którzy wykonali spektakl „porty kruchemu wznoszę trwaniu”. Jego tytuł został zaczerpnięty z wiersza Zbigniewa Herberta „Drży i faluje”. Ola wykonała go cudownie już na samym początku spektaklu. Wiersz kończy się słowami:

z atomów punktów włosów komet
buduję trudną nieskończoność
pod szyderstwami Akwilonów
porty kruchemu wznoszę trwaniu

Pokazuje on jedno z głównych przesłań tego spektaklu – walkę człowieka o punkty zaczepienia, oparcia w jego burzliwym, kruchym życiu, o budowanie bezpiecznych portów, do których może zawinąć po kolejnej „bitwie”, gdzie może odpocząć, nabrać sił do kolejnych wypraw.
   Kruchość jest jednym z najważniejszych tematów tego spektaklu. Jest ona pokazana wielowymiarowo jako kruchość: życia, piękna, sztuki, słowa, miłości. Ale paradoksalnie to ona podnosi wartość tych przymiotów. Ponieważ łatwo je utracić, tym bardziej trzeba je cenić, chronić. Ola Danielewicz mówi o niej tak: „Jesteśmy krusi wobec Wszechświata. Ale ta kruchość jest także wartością. Jest pewną prawdą o nas, od której uciekamy, od której oddala nas współczesny świat. Świat, który mówi nam, że możemy wszystko, że mamy nad wszystkim kontrolę, że jesteśmy nadludźmi. Świat techniki, konsumpcjonizmu i <nie-bycia>. Nikt nie chce się przyznać, że jest słaby, kruchy i niemocny. Wolimy zakładać maski, udawać silnych. Herbert afirmuje kruchość. Życie bez akceptacji prawdy o nim jest niepełne. Piękno istnienia, jego wartość bez świadomości przemijania, cierpienia, słabości - jest oszustwem”.

   Dlatego bohater zaprezentowanego podczas spektaklu wiersza Herberta „Przeczucia eschatologiczne Pana Cogito” (wbrew powszechnemu pragnieniu wielu) nie tęskni wcale za rajem. Paradoksalnie to kruche piękno życia, z jego „drzazgami”, „pieszczotami”, „płomieniami”, „biczem morza”, pokochał tak mocno, że będzie „przekonywać anioły”, że „jest niezdolny // do służby/ niebieskiej” i może „pozwolą mu wrócić/ przez zarosłą ścieżkę/ nad brzeg białego morza/ do groty początku”.
    Ten zachwyt pięknem świata, cudem życia, miłości nie jest pokazany w sposób sentymentalny czy trywialny. Autorzy scenariusza nie chcą nam zakładać różowych okularów, byśmy przez nie spoglądali w sposób zniekształcony na cierpienie czy zło lub wręcz wcale ich nie dostrzegali.  Wierszem, który w moim odczuciu najlepiej tłumaczy sensowność przyjęcia takiej postawy artystycznej – opowiadania o pięknie świata, życia mimo świadomości ich również brzydkiej, okrutnej strony – jest wiersz Adama Zagajewskiego „Spróbuj opiewać okaleczony świat”, zaprezentowany przez Olę:

Spróbuj opiewać okaleczony świat.
Pamiętaj o długich dniach czerwca
i o poziomkach, kroplach wina rosé.
O pokrzywach, które metodycznie zarastały
opuszczone domostwa wygnanych.
Musisz opiewać okaleczony świat.
Patrzyłeś na eleganckie jachty i okręty;
jeden z nich miał przed sobą długą podróż,
na inny czekała tylko słona nicość.
Widziałeś uchodźców, którzy szli donikąd,
słyszałeś oprawców, którzy radośnie śpiewali.
Powinieneś opiewać okaleczony świat.
Pamiętaj o chwilach, kiedy byliście razem
w białym pokoju i firanka poruszyła się.
Wróć myślą do koncertu, kiedy wybuchła muzyka.
Jesienią zbierałeś żołędzie w parku
a liście wirowały nad bliznami ziemi.
Opiewaj okaleczony świat
i szare piórko, zgubione przez drozda,
i delikatne światło, które błądzi i znika
i powraca.[1]
 
Ten wiersz przypomniał mi o słowach Stanisława Brzozowskiego: „Rozpacz jest łatwiejsza od spokoju”. Myślę, że Artyści podczas tego spektaklu próbowali właśnie odciągnąć nas od rozpaczy. Co zresztą sama Ola potwierdza: „Moim zamysłem było, żeby spektakl był <jasny>, żeby nie zwyciężyła rozpacz, żeby doceniać piękno”. Dlatego w spektaklu pojawiły się takie „jasne” piosenki jak: „W Białem” do wiersza Kazimierza Przerwy- Tetmajera, z muzyką Jarka Kąkola i w jego wykonaniu, czy autorskie piosenki Marcina Pokusy do wierszy Feliksa Kantyki (poety, społecznika, działacza oraz założyciela klubu „Jemioła” w Ślemieniu).
     Każdy Artysta biorący udział w tym spektaklu jest bez wątpienia wielką indywidualnością i samodzielny występ każdego z nich byłby ciekawym wydarzeniem. Ale w moim odczuciu to zderzenie męskich, mocnych głosów Jarka Kąkola, ks. Leszka Łysienia z lirycznym, delikatnym głosem Oli, pięknie brzmiącym w duecie z Marcinem Pokusą, sprawiło, że spektakl nabrał wyjątkowego wydźwięku. Przypominał morze w całej gamie kolorów i dźwięków jego natury: raz cudownie unoszące w rytm fal melodii, innym razem wzburzone, targające emocjami, po czym znowu przynoszące kojący spokój. Był to jeden z najpiękniejszych koncertów-spektakli, w jakich uczestniczyłam w życiu. Dziękuję.
      Niech osobnym podziękowaniem dla wszystkich Artystów będzie wiersz Joanny Gawlikowskiej, zainspirowany właśnie tym spektaklem:
 
 
po... ukojenie
„... chciałbym wszystkie takie chwile/
 ocalić od zapomnienia...”
 (K. I. Gałczyński, „Pieśni”)
 
o północy już cisza
chociaż brzmią jeszcze ukryte w zakamarkach słowa
drżą gitary i skrzypce zawodzą rzewnie przemijają
piosenki słodką kobiecą melodią śpiewane
przerywane tenorem barytonem co wtóruje siłą
 
jaka cisza
 
poezja uzdrawia rytmem słów dobrze znanych
które wracają czasem dokonanym jak dalekie radości
smutki małe miłości chleby drogi i sny grzeszne
dawno umarłe choć zbudowały życie
 
jaka cisza
 
mury pełne jasności zasnęły chronione
świętym który wciąż walczy
z odwiecznie ludzkim smokiem
 
w takiej ciszy
 
 
    A Ciebie, Czytelniku, zapraszam na koniec do wysłuchania piosenki do wiersza „Pieczęć spokoju” Paula Éluarda, z muzyką Marcina Stycznia. Ola Danielewicz powiedziała o tym utworze: „Jedna z najcudowniejszych melodii mojego życia”. https://www.facebook.com/aleksandra.danielewicz.3/videos/2058362224201727/?epa=SEARCH_BOX
 
Agnieszka Kostuch
 

 

 

[1] Adam Zagajewski, Wiersze wybrane, Wydawnictwo a5, Kraków 2010, s. 250

Podziel się artykułem:
FaceBook  Twitter