fot. Biblioteka Miejska 

   Na każdego, kto kocha poezję, nazwisko Herberta działa jak magnes. I tym „magnesem” zostałam po raz kolejny przyciągnięta do Cieszyna przez Joannę Gawlikowską, która 6 maja w Bibliotece Miejskiej wygłosiła wykład pt. “Drogi Zbigniewa Herberta - gawęda literacka o wędrówkach poety w głąb siebie, w historię, sztukę i ulubione miejsca…”.

   Wiedziałam, że dla Joanny Gawlikowskiej podróże są ważną częścią jej życia, a ich ślady pozostawia m.in. w swoich wierszach.  Dlatego nie zaskoczyła mnie pasja, z jaką opowiadała. Jednak spodziewałam się wykładu opartego sensu stricto na opisach podróży Herberta, których co prawda nie zabrakło, ale były one zaledwie przyczynkiem do bogatej interpretacji motywu podróży w jego twórczości.  Jak zaznaczyła na wstępie – jej opowieść miała być gawędą literacką i dopełnieniem wykładu wygłoszonego przez nią jesienią zeszłego roku, a dotyczącego biografii Herberta.

   Pani Joanna rozpoczęła swoją opowieść od przywołania osoby Henryka Elzenberga, o którym Herbert wypowiedział się m.in. tak: „Mój profesor filozofii,  uczył nas greckiej mądrości, próbując wyplenić z naszych dusz namiętność i bunt. Życie w zgodzie z naturą, to znaczy z rozsądkiem, było pośród świata oszalałego z nienawiści trudnym doświadczeniem”.  Następnie zacytowała kilka myśli Elzenberga, które jednocześnie zostały wyświetlone na tablicy za przyczyną Pana Henryka Pasternego (odpowiedzialnego za prezentację multimedialną): „Mądrość jest najsubtelniejszą, najbardziej uduchowioną z form panowania, nie nad ludźmi, lecz nad światem”, „Kultura jest próbą zmuszenia dziejów, żeby służyły wartości”, „Etyka jest nauką o mężnym zachowaniu wobec  bytu”, „Powołanie człowieka jest proste: budować świat przeciw światu”. Myślę, że miały one posłużyć wytłumaczeniu, dlaczego Poeta przyjął tak radykalną i odważną postawę w swojej twórczości. Nauki Elzenberga stały się drogowskazami w literackiej podróży Herberta, czego najlepszym dowodem są jego wiersze zaprezentowane podczas spotkania przez Zdzisławę Mielczarską i Ivana Revutskyiego (po ukraińsku). Utwory „Powrót prokonsula” i „17 IX” Pani Joanna nazwała podróżami w głąb historii, a wiersze „O dwu nogach Pana Cogito”, „Alienacje Pana Cogito” i „Pan Cogito rozmyśla o cierpieniu” zinterpretowała jako podróże w głąb człowieczeństwa. Kiedy przeprowadzała wnikliwą analizę każdego z wierszy, stojąc i opierając się dłońmi o blat stolika, poczułam się jak na sali wykładowej uczelni i pomyślałam, że Pani Joanna, mimo przejścia na emeryturę, nie pożegnała się ze swoim zawodem. Zaangażowanie, z jakim prowadziła ten wykład, wywołało we mnie wiele ciepłych uczuć, ale i nutę zazdrości wobec jej byłych uczniów, których nie zabrakło na sali i których sama przywołała cytując ich interpretacje wierszy. Zaskoczyło mnie zwracanie się do niej przez Panią Dyrektor Biblioteki Izabelę Kulę per „pani profesor”, ale było ono jednym z licznych przejawów szacunku, jakim jej absolwenci obdarzają ją do dzisiaj. W czasie, kiedy tyle mówi się o nienadszarpywaniu autorytetu zawodu nauczyciela poprzez nieodpowiedzialne, by nie powiedzieć  uwłaczające nauczycielom, wypowiedzi (m.in. w mediach), takie doświadczenie jest bardzo budujące i dobrze świadczące nie tylko o Pani Joannie, ale i o cieszyńskiej społeczności. 

   W drugiej części spotkania prelegentka nawiązała wprost do podróży Herberta, których ślady zostawiał zarówno w swojej poezji (m.in. w „Modlitwie Pana Cogito – podróżnika”) jak i w prozie. Wspomniała o szczególnie ukochanych przez Poetę miejscach.  Wśród nich znalazła się szkocka wyspa Holy Iona. Herberta głęboko poruszył zwyczaj mieszkańców dwóch sąsiednich wysp - zapalania świateł w oknach domów na znak pozdrowienia. Wspomniał o nim w  tekście „Holy Iona, czyli kartka z podróży": „Do portu, gdzie czekał na mnie cierpliwy rybak, idzie się przez cmentarz. W rudej trawie leżą płyty grobowe panów szkockich. Przez butwiejące liście i słoną wodę płyną do swej dalekiej wieczności rycerze zakuci w skorupę zbroi. Ich rysy są nie do odczytania. Płaskie, podobne do siebie twarze owadów. Wróciłem na wyspę Mull. Po kolacji gospodyni prosiła mnie, abym postawił małą lampkę w oknie wychodzącym na Holy Iona. Taki jest zwyczaj. Nocą światła obu wysp rozmawiają ze sobą. (…) Nie wiadomo, co przyniesie przyszłość i jak długo trwać będzie rozdarcie świata. Ale dopóki w jedną bodaj noc roku światła tej ziemi będą się pozdrawiały, niecała chyba nadzieja jest pogrzebana.”

  Ukochanym przez niego krajem była Grecja. Czuł szczególną bliskość z Akropolem. W zbiorze esejów o Grecji pt. „Labirynt nad morzem” napisał: „Nigdy nie przestałem wierzyć, że Akropol istnieje realnie (…) Akropol był cudem rzeczywistym. Nie wodził zmysłów na pokuszenie, nie obiecywał, że będzie czymś więcej niż jest. Spełniał się cały, był równy samemu sobie. Powtarzałem sobie tedy niezdarną formułę: on jest i ja jestem, a ogromna przestrzeń czasu, dzieląca daty naszych urodzin, kurczyła się, nikła. Byliśmy współcześni.”
 
  Herbert opowiadał o tych wszystkich miejscach, do których podróżował, nie językiem znanym nam z przewodników turystycznych, ale językiem wielobarwnym, wyszukanym, wykrojonym na miarę swojego wielkiego poetyckiego talentu. Jego opis miast zawarty w „Barbarzyńcy w ogrodzie” zapiera dech: „Każde miasto ma inny odcień .Oto widok sieneńskiego Campo: <Wieża jest wysoka, biała na szczycie jak kwiat, tak że wokół niej niebo nabiega błękitną krwią>. Każde miasto ma inny odcień: <Asyż jest różowy, jeśli to banalne słowo może oddać ton lekko czerwonego piaskowca; Rzym utrwala się w pamięci jak terakota na zielonym tle. Orvieto natomiast jest brązowozłote>. Spojrzenie z lotu ptaka na Umbrię odsłania całą paletę barw: <iskrzący się w słońcu piasek Paglii, a po drugiej stronie rzeki niebieskie wzgórze, które miękko wstępuje w niebo na granicy zatartego horyzontu>.”

  Równie pięknie potrafił dzielić się swoim zachwytem sztuką, m.in. malarstwem holenderskim: „Cztery godziny przed Vermeerem (przyślę Ci karteczkę) tak, że oczy mi wyłaziły - jest to moja największa chyba malarska miłość. A potem, jak wracałem do hotelu widziałem jakby w oświetlonym ekranie - wszystkie szczegóły, kolory, odcienie, załamania światła. Patrzeć aż do zawrotu głowy - to moja metoda.” („List do żony”)

   O poliptyku w katedrze w Sienie pisał zauroczony: „Promieniowanie dzieła jest ogromne i w pierwszej chwili biorę to za działanie złotego tła, które być może dzięki złej konserwacji, pęknięciom, uszkodzonym laserunkom nigdy nie jest sztywne i jednorodne jak płytka metalu, ale ma swoje głębie, dreszcze i fale, rejony chłodne i gorące, podbite zielenią i cynobrem. Żeby inne kolory przy tym złocie nie zgasły, trzeba dać im ponadnaturalne natężenie. Liście drzew są jak kamyki szafiru, skóra osła w ucieczce do Egiptu jest jak szary granit, a śnieg na nagich, ściętych szczytach skał błyszczy jak masa perłowa. Malarstwo Duocenta bliskie było mozaice, plamy barwne inkrustowały płaszczyznę, miały twardość alabastru, drogich kamieni, kości słoniowej”.
(„Barbarzyńca w ogrodzie”).

  Herbert spędził poza Polską 37 lat. Poznał całą Europę poza Skandynawią. Był w Izraelu, Stanach Zjednoczonych. Omówienie tak bogatego podróżniczego życiorysu w czasie półtoragodzinnej prelekcji nie jest możliwe, z czego dobrze zdawała sobie sprawę Joanna Gawlikowska. Dlatego zmuszona była w swojej gawędzie przeprowadzić ostrą selekcję tych podróży. W moim odczucia dokonała jednak najważniejszego - przekazała ich ducha. W każdym razie ja go poczułam. Przy okazji udzieliła nam lekcji zachwytu – opowiadania o rzeczach istotnych z niekłamaną emocją, ale utrzymaną w ryzach. Wbrew zarzekaniu się Pani Joanny, że więcej wykładów już nie wygłosi, mam nadzieję, że zmieni zdanie i za jakiś czas zaprosi nas na kolejną literacką podróż pod swoim przewodnictwem.

 
Agnieszka Sroczyńska Kostuch
Podziel się artykułem:
FaceBook  Twitter