Często osobowość nauczyciela jest ważniejsza od posiadanej

przez niego wiedzy.


S. Kierkegaard

 

Nauka w życiu człowieka nie kończy się na zdobytych stopniach edukacji. Ważne jest stałe rozszerzanie wiedzy.

Miałam wielu niezwykłych nauczycieli. Z czasów licealnych wspominam ciepło mgr. Rudolfa Ramszę, który otworzył tajniki języka łacińskiego, już jako czynna nauczycielka w Technikum Mechaniczno- Elektrycznym nauczyłam się od mgr. Zbigniewa Dobrzańskiego, matematyka, że słowami rządzi taki sam logiczny porządek jak cyframi, choć przewyższają ostatnie wielością znaczeń.
 
Jednak patronem polonistycznej drogi został w czasie mojej pracy w Liceum Ogólnokształcącym im.M. Kopernika dr Stanisław Bortnowski.
 
Dr Stanisław Bortnowski ( 1935-2014) nauczyciel licealny , później pracownik w Katedrze Polonistycznej Edukacji Nauczycielskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego wypromował przeszło stu magistrów i licencjatów. Był aktywnym i pełnym pasji publicystą polonistycznym, stąd jego liczne artykuły i felietony w „Polonistyce", wrocławskich „Warsztatach Polonistycznych", w „Zeszytach Szkolnych", najdłużej pisał do „Języka Polskiego”. Napisał przeszło dwadzieścia książek dydaktycznych i niezliczoną ilość artykułów w dbałości o wysoki poziom edukacji polonistycznej w Polsce.
 
Mówił o sobie,że najwięcej zawdzięcza uczniom, studentom i nauczycielom – to oni rozbudzali jego wyobraźnię i weryfikowali projekty ,że najbliżej mu do poezji, malarstwa, sztuk plastycznych i architektury (stąd bezgraniczne uwielbienie Włoch) oraz publicystyki, najdalej do muzyki. Kochał podróże, zarówno po prowincji, jak i wielkich miastach
 
Oto kilka wspomnień z lat współpracy z niezwykłym nauczycielem, mistrzem, człowiekiem prawym, mądrym i przyjacielskim.
 
Cieszyn, lata 1970.

Każdy początkujący nauczyciel musi wypracować sobie drogę. Szczęśliwi ci, którzy znajdą przewodnika. Dla mnie takim wzorem stał się mgr, potem dr Stanisław Bortnowski.
Mój belferski dekalog opiera się na pierwszym, ścisłym przykazaniu - nie nudzić!
Czytając publikacje w Polonistyce, artykuły o różnych metodach pracy, spotykałam często nazwisko polonisty z liceum w Kwidzynie, a potem nauczyciela akademickiego Katedry Dydaktyki UJ. Jego pasja polemiczna, nakazy: Nauczycielu, nie bądź Pimką, szukaj ciekawych rozwiązań, pozwól uczniom myśleć i odkrywać sekrety literatury, bogactwo słowa- niezwykle przypadły mi do gustu.
Uczyłam się od Niego bycia polonistką bez wpadania w rutynę, poszukiwań w każdym utworze nowych treści, traktowania ucznia jako partnera w odkrywaniu książkowych tajemnic./.../
 
Cieszyn, Kraków, lata 1980.

Powoli zaczęła owocować moja praca w cieszyńskim Liceum Kopernika. Absolwentki pierwszej, prowadzonej klasy humanistycznej rocznika 1981 w ilości siedmiu wybrały studia polonistyczne, w tym cztery na Uniwersytecie Jagiellońskim. Na praktyki studenckie wracały do rodzimej szkoły i do mnie.
Kiedy we wrześniu 1985 roku dowiedziałam się, że na tzw. kontrolę praktyk, która polegała na obserwacji lekcji studentek, a potem rozmowie z ich opiekunką, przyjedzie dr St. Bortnowski, ucieszyłam się niezmiernie, a jednocześnie ogarnęła mnie panika. O czym ja, prowincjonalna belferka, będę rozmawiać z autorem książek, z publicystą, nauczycielem moich studentek?
Jednak nieskromnie uświadomiłam sobie, że przecież mam już na koncie troje finalistów Olimpiady Polonistycznej, laureatkę konkursu Życia Warszawy na najlepszą pracę maturalną, więc sparafrazowałam Sienkiewicza nie byłe kto ja jestem i nie byle głowa, i bez strachu czekałam na sławną polonistyczną osobę.
Kiedy przybył, weszłam śmiało do dyrekcji ze słowami:- witam mojego przewodnika polskiego... i w tym momencie wybuchnęłam śmiechem, usłyszawszy własny lapsus językowy, w czym towarzyszył mi głośno gość.
Zobaczyłam pana średniego wzrostu, o wesołych, siwych oczach, przezabawnie zadartym nosie i jasnych włosach, których kosmyk niesfornie spadał na czoło.
Strach odpłynął. Potoczyła się rozmowa...o naszej szkole i o mnie, o tym, ze studentki z Cieszyna są już znane na uniwersytecie z dobrego przygotowania i przebojowości w głoszeniu poglądów. Z wielkim zainteresowaniem pozwiedzał, co było w szkole do obejrzenia. Śledził lekcje studentek, nieustannie dzieląc się ze mną uwagami, co mnie nieco przeraziło, bo sprawiał wrażenie roztargnionego i nieuważnego. Ale kiedy przyszło do rozmowy z nimi, okazało się, że żaden szczegół lekcji nie umknął jego uwadze.
Od tej chwili zaczęła się moja wtórna edukacja nauczycielska. Dowiedziałam się, że należy najpierw wyróżnić to, co było dobre, a potem to, co nieprawidłowe, nie w tonie potępienia, tylko ze wskazaniem drogi naprawy.
Pierwsze spotkanie było krótkie. Po trzech godzinach doktor wrócił autobusem do Krakowa. Na pożegnanie powiedział: Wrócę tu za rok, chyba częściej będę tu wracał.
Prorocze słowa!!
Chce się, mimo wszystko powiedzieć: to były piękne lata.
Coraz większa gromada absolwentów studiowała na Alma Mater, wybierając seminarium doktora nie tylko na zajęcia dydaktyczne, ale też na magisterskie. A on wytrwale pojawiał się co roku w Cieszynie, już nie tylko na kontrolę praktyk, ale na zebrania nauczycieli, gdzie prowadził swe kontrowersyjne prelekcje, czekając, aby ktoś się z nim konstruktywnie pokłócił.
Rozsmakował się w Cieszynie, więc wędrowaliśmy przez nieliczne w tym czasie po polskiej stronie restauracje i kawiarnie, aż przeszliśmy na czeską stronę, aby posmakować knedliczek i piwa. Ten czas cechowały rozmowy, rozmowy, rozmowy...I książki z niezapomnianymi dedykacjami, jak ta w Sporze o polonistykę szkolną:
Pani Joannie Gawlikowskiej, której pasję polonistyczną i przedni warsztat zdalnie podziwiam, sukcesów Jej wychowanków doświadczam, ofiarowuje St. B.
 
W dużej mierze dzięki Jego metodycznym poradom powiększała się ilość moich olimpijczyków i nagradzanych w konkursach o skali krajowej.
W tym czasie pojawiły się też pierwsze zachęty doktora, prowokujące mnie do ...pisania książek dydaktycznych, na co, zajęta pracą szkolną i domową nie miałam specjalnej ochoty.
Więc zachęcał, podrzucając coraz to nowe swoje dzieła, jak „Potop” w szkole” z przymówką:
Pani Joannie, potencjalnej Autorce książki znacznie lepszej, z podzięką za obronę Sporu, z sugestią, aby wierzyć w prowincję polonistyczną, a nie w stolicę, ofiarowuje St. B. były prowincjusz...
Nie przeczę, że z roku na roku rosły mój podziw i sympatia dla człowieka, którego już jawnie nazywałam mistrzem... I chyba była wzajemna, skoro w ofiarowanym miniaturowym tomiku Sonetów do Laury Petrarki zapisał, nie wiedząc jeszcze, że pisuję też wiersze:
Laurze polonistyki szkolnej ofiaruje nie-Petrarka, bez inwencji poetyckiej
Po trzech latach znajomości zostałyśmy z panią mgr Danutą Molin -Puczek, metodyczką, współpracującą z doktorem, zaproszone do jego krakowskiego mieszkania na ulicy Ariańskiej. I tu pojawił się wizerunek zupełnie innego człowieka. Spokojny, uległy mąż swojej żony, która, jako polonistka, zawsze była chętna do wymiany zdań z koleżankami, pozostawiając mężowi obowiązek szykowania poczęstunku, nakrywania i sprzątania ze stołu, co czynił chętnie i bez narzekania/.../
 
Kraków- Cieszyn, lata 1990.

Służbowe przyjazdy do Cieszyna powtarzały się co roku. Obserwowaliśmy bacznie, co dzieje się wokół nas i kiedy tylko otwarły się granice, a wędrówki europejskie stały się rzeczywistością, powstała jedyna w swoim rodzaju korespondencja. Rodzina doktora ruszyła w Europę. Po każdej wyprawie doktor pisywał obszerne sprawozdania, wysyłając je do szerokiego grona swoich przyjaciół. Otrzymywałam też barwne widokówki z niezapomnianymi komentarzami.
Szczególnie jednak cenne były i są listy z podróży krajowych, w różne miejsca, gdzie wygłaszał pogadanki, wykłady lub promował książki. Listy pisane na papierowych serwetkach restauracyjnych, na marginesach gazet, spostrzeżenia na gorąco charakterystycznym, jedynym w swoim rodzaju pismem i stylem.Spoczywają w moim biurku na szczególnie uprzywilejowanym miejscu.
Pamiętam częste w tych latach małe wycieczki samochodem do ciekawych miejsc naszego powiatu.Doktor-już wtedy Staszek- zachwycał się urokiem Beskidów, wsi, ceniąc przywiązanie mieszkańców do małej ojczyzny.
I pisał nieustannie, ofiarując słowa, np. w Jak uczyć poezji:
Joannie, która mogłaby być autorką niejednej takiej właśnie książeczki, ze świadomością, że zostanę zrozumiany w pełni, Staszek.
 
Do pisania książek zachęcał nieustannie. Powiedziałabym- zmuszał, jak w dedykacji do Kontekstów dzieła literackiego:
Joannie, autorce nieogłoszonych drukiem, ale wykonanych, więc wartościowszych kontekstów, Staszek.
Nadszedł rok 1995, dziesiąta rocznica przyjazdów doktora do Cieszyna. Urządziliśmy małą uroczystość w Liceum Ogólnokształcącym Towarzystwa Ewangelickiego, gdzie pani Molin-Puczek została dyrektorem. Były proste i szczere słowa sympatii z obu stron. A wieczorem, w kawiarni, otrzymałam książkę, która na długie lata, może na stałe, została moją ulubioną.
Dedykacja do powieści Marqueza, Miłości w czasach zarazy: brzmi:
W dziesiątą rocznicę pobytu w Cieszynie (jak to dawno i blisko zarazem)- by przyjaźń trwała wiecznie, Staszek.
 
W 1996 roku zaczęłam prowadzić proste, może zbyt tradycyjne zajęcia fakultatywne, czytając uczniom fragmenty interesujących i wybitnych książek XX wieku, nie wchodzących do kanonu lektur. Zachęcałam w ten sposób do przeczytania całości. Wtedy usłyszałam od doktora nakaz: Musisz to opisać. Takiej książki nie ma na rynku, a bardzo przyda się młodzieży.
Skoro muszę... Wspólnie z moją córką, Asią, już wtedy absolwentką polonistyki, zabrałyśmy się do tworzenia i po kilku miesiącach złożyłyśmy doktorowi książkę do recenzji- pochwalnej ale też krytycznej.
We wrześniu pokazały się na rynku Przeboje prozy XX wieku.
W czasie kolejnej wizyty w Cieszynie, otrzymałyśmy następną książkę doktora ze słowami:
Joannie (i Joannie) z nadzieją na rewanż, dedykacja arcyskromna, gdyż peany pod Ich adresem zajęłyby 10 stron (i pół) Staszek.
Kolejne moje i córki książki, a szczególnie Antyk- barok, czyli opisane przez Asię jej działania magisterskie, ocenione na egzaminie przez komisję jako bardzo dobre z wyróżnieniem, były zawsze recenzowane przez doktora, na zewnątrz pozytywnie, dla nas z surowymi uwagami dążenia do doskonałości.


 
Cieszyn-Kraków, lata 2000

W końcu lat-90 doktor namówił mnie do przyjęcia funkcji doradcy metodycznego, wtedy cieszyńskie polonistyczne towarzystwo tak przywykło do jego prelekcji, że kiedy nie mogł przyjechać w obiecanym terminie, upominało się głośno o dalsze pogadanki.
Po spotkaniach spędzaliśmy kilka miłych godzin w kawiarni Muzealnej, która stała się odtąd jego ulubionym miejscem spotkań z zaprzyjaźnionymi cieszyniakami.
Oczywiście pojawiały się dalsze książki z dedykacjami, jak w Zdziwieniach polonistycznych:
Joannie Seniorce Najenergiczniejszej Polonistce w Polsce, doganiającej w publikacjach niżej podpisanego, stąd contra, Staszek.( 13 i pół książeczka St B.)- w kawiarni, jakiej Kraków nie ma.
Otrzymywałam też liczne książki nagrodzone Nike, jak Piesek przydrożny Miłosza, wiersze Ewy Lipskiej czy Rymkiewicza opatrzone zachętą do czytania:
Joannie, to co makabryczne, niesmaczne, z Baki wzięte, u Leśmiana podpatrzone, przerażające i zmuszające do myślenia o...Staszek. (Październikowy wierszyk polecam do poduszki)
I zawsze trwał zachwyt dla coraz lepszej kuchni, choćby tej w Dworku Cieszyńskim, opisany w tomiku Ewy Lipskiej:
Joannie, z podzięką za odkrywanie gastronomicznego Cieszyna, Staszek
 
W 2003 roku doktor przeszedł na emeryturę. Zakończył pracę ze studentami. Swoją drogą, komercjalizacja zawodów sprawiła, że coraz mniej absolwentów wybierało studia polonistyczne. Nadchodziła czarna godzina reformy...
O nowej maturze często dowiadywał się ode mnie. I umieszczał spostrzeżenia w licznych publikacjach, ze słuszną obawą, że coraz mocnej brniemy w polonistyczny ślepy zaułek.
 
Z okazji 70. urodzin doktora poskładałyśmy z koleżanką Danutą i moją córką zeszycik ze wszystkimi dedykacjami z książek nam ofiarowanych, co przyjął ze wzruszeniem. Na dostojnej uroczystości byłam obecna
Po jubileuszu postanowił napisać i napisał książkę życia, Przewodnik po sztuce uczenia literatury,którą otrzymałam z dedykacją:
Joannie,koślawa dedykacja po roku od jubileuszu, pisana pod wpływem emocji cieszyńskich (kolejny jubileusz odprawiony 20 kwietnia 2006) z radością w sercu, przez emeryta, który ledwie pisze, ale głośno mówi! Staszek
Kiedy jesienią 2004 roku oznajmiłam,że z nowym rokiem szkolnym przechodzę na emeryturę,otrzymałam uroczy album Najpiękniejsze miejsca Europy, aby moje wędrówki, zawsze mu relacjonowane, stały się jeszcze barwniejsze. Z dedykacją- oczywiście:
Joannie, Wytrwałej i Niezniszczalnej, w ostatnim roku Jej potyczek polonistycznych, przed „fikaniem” nieinstytucjonalnym ( oby do 90 lat intensywności), w niepowtarzalnej kawiarni, w mieście nad Olzą, Staszek.
 
Mijały lata. Od czasu mojego przejścia na emeryturę ustały służbowe wizyty doktora w Cieszynie.Ale prywatne trwały, kiedy prowadził warsztaty np. w Bielsku. Wtedy wędrowaliśmy po Ziemi Cieszyńskiej, także po Zaolziu. Byliśmy w pięknym parku i w zamku w Karwinej..Potem zwiedziliśmy muzeum Zofii Kossak- Szczuckiej w Górkach Wielkich. Odwiedziliśmy zaprzyjaźnionych cieszynian.
Bardzo podobały mu się moje wiersze z tomiku Spotkania na krawędzi.
Była wiosna 2011 roku. Odjeżdżając, zapraszałam na jesień lub przyszłą wiosnę, na wycieczkę po Beskidzie Śląskim. Plany były miłe, bo przecież, jako emeryci-choć doktor wciąż czynny w prelekcjach-mieliśmy czas...
A jednak ...Nie bądź pewny że czas masz/ bo pewność niepewna ( X Twardowski). Nie było kolejnych odwiedzin. Były informacje o dalszych odczytach i pogarszającym się stanie zdrowia. Rok 2013 zniszczył jego zdrowie. Planowałyśmy z Danutą odwiedziny w Krakowie, ale pojawiające się wnuczęta zajmowały coraz więcej czasu. Pisałam życzenia świąteczne, zawsze otrzymywałam sympatyczne listy, a na Boże Narodzenie 2013, na Wielkanoc i imieniny 2014-cisza. Niepokój rósł.
W słoneczny poranek 28 maja 2014 roku nadeszła wiadomość:
Szanowni Państwo, Przyjaciele i Znajomi mojego Taty, Stanisława B.,ze smutkiem zawiadamiam, że mój Tata zmarł w sobotę 24 maja.
Zapamiętajmy go jako pogodnego, kochającego życie człowieka. Taki był jeszcze rok temu.
Łączę wyrazy szacunku, córka

Trwam, jak zwykle porażona Ostatecznym, ze słowami księdza Twardowskiego:
potem cisza normalna więc całkiem nieznośna
jak czystość urodzona najprościej z rozpaczy
kiedy myślimy o kimś zostając bez niego Cieszyn, w maju 2014
 
Są ludzie niezastąpieni. Dzięki patriotycznemu nakazowi, który wynikał z umiłowania polskiego słowa i kultury, zawsze przewodnik uczących, pracował, aby pomóc nauczycielom wykształcić w uczniach wyższe uczucia- potrzeby piękna, poznania człowieka i świata przez literaturę i sztukę.Osiągnął więcej, niż mógł osiągnąć .
W latach 1985-2011 odwiedzał Cieszyn prawie corocznie. Lubił miasto i cieszyńską brać polonistyczną.
Często zaglądam do ofiarowanych mi książek i ciągle znajduję coś nowego.Chociaż nie pracuję już z młodzieżą, patronują mi jego słowa, sparfrazowane z Norwida:
polonistą się nie bywa, polonistą się jest tu i teraz et in secula seculorum.
 
Cieszyn, Dzień Nauczyciela, 2019

 

Joanna Gawlikowska

Joanna ( Białek) Gawlikowska, cieszynianka, emerytowana nauczycielka języka polskiego w Technikum Mechaniczno- Elektrycznym i Liceum Ogólnokształcącym im. M. Kopernika -w latach 1963-2005.

 

Podziel się artykułem:
FaceBook  Twitter