fot. arc

         Sejmik Województwa Śląskiego ustanowił rok 2019 Rokiem św. Melchiora Grodzieckiego, męczennika. Związany był ów mąż z obszarem Śląska Cieszyńskiego. Tłem jego życia była krwawa trzydziestoletnia wojna (1618 – 1648), która pustoszyła dużą część Europy (Austrię, Hiszpanię Bawarię, Czechy, Palatynat Reński, Brandenburgię, Holandię). Ścierały się w niej interesy religijne i polityczne mocno ze sobą splecione. Religia przechodziła w politykę, polityka w religię. Walczyli katolicy z protestantami, dwa wyznania usiłowały się wzajemnie wyniszczyć. Spierają się historycy, czy Melchior urodził się w Cieszynie czy w Grodźcu. Spór zostawmy badaczom. Urodził się (też dokładnie nie wiadomo) między 1581 a 1582 rokiem. Wstąpił potem do jezuickiego kolegium w Brnie. W 1605 roku złożył pierwsze śluby zakonne, następnie studiował w Jindrichuv Hradec i Pradze. Jako że predyspozycji ku uprawianiu filozofii szczególnych nie miał, został skierowany do Kłodzka, gdzie nauczał gramatyki, prowadził bursę i prawdopodobnie udzielał się muzycznie.

Wrócił do Pragi, a po ukończeniu studiów teologicznych przyjął święcenia kapłańskie w 1614 roku. Po święceniach został przełożonym bursy ubogich studentów w Pradze. Potem został skierowany do Koszyc w charakterze kapelana wojskowego w roku 1619. Kiedy wojska Gabora Bethlena, dowodzone przez Jerzego Rakoczego wkroczyły do miasta, został uwięziony, potem poddany torturom okrutnym, podczas których proponowano mu zmianę wyznania, rezygnację z przynależności do katolicyzmu. Wieszano go na belce pobitego i okaleczonego, szarpano szczypcami i przypalano pochodnią. Potem, jako że nieugięcie trwał przy wierze katolickiej, odcięto mu głowę toporem i wrzucono do kloaki. Oto curriculum vitae człowieka dobrego, zakonnika, który z całą pewnością krzywdy nijakiej nikomu nie wyrządził. Jak bardzo trzeba nienawidzić człowieka, by w tak bestialski sposób szukać jego unicestwienia. Co musi się stać z człowiekiem, aby drugiego zamęczył na śmierć, dlatego że jest, a jest nie tu, gdzie ja jestem, nie te przekonania, co ja żywi? Ale przecież zginąć Melchior nie musiał, wystarczyło oportunistycznie zgodzić się na warunki stawiane przez oprawców. Wówczas życie by może ocalił i pewnie dożył lat sędziwych. Dlatego pytamy dalej: jak mocno trzeba przylgnąć do wyznawanych prawd i przeświadczeń, aby zawiesić funkcjonowanie instynktu samozachowawczego, który ewolucja tak głęboko w nas wpisała? A ponadto pytanie jedno jeszcze się rodzi: czy trzeba się wzajemnie fizycznie eksterminować, aby prawdy swoje i nie swoje potwierdzać?

         Przedstawiciel (jeden z najwybitniejszych) Oświecenia niemieckiego G. E. Lessing napisał dramat zatytułowany Natan Mędrzec. Tam znajduje się przypowieść o pierścieniu, zresztą zapożyczona od Boccaccia z Dekameronu. Ojciec w czasach dawnych zostawił synowi w spadku pierścień, który miał cudowną właściwość czynienia noszącego go miłym Bogu i ludziom, oraz dowodzenia dzięki temu, że ta osoba jest prawomocnym dziedzicem. I tak pierścień przechodził z ojca na syna, spełniając swoje sympatyczne funkcje. Zdarzyło się jednak tak, że posiadacz pierścienia trzech miał synów, których jednako kochał, i każdemu z nich chciał pierścień podarować. Wówczas zdobył się na pobożne oszustwo: zlecił „złotnikowi” wyrób dwóch imitacji doskonałego pierścienia, tak aby sam nie mógł odróżnić oryginału od falsyfikatów dwóch i obdzielił każdego z synów pierścieniem z wszystkimi cudownymi właściwościami. Ale po śmierci ojca dochodzi między synami do waśni okrutnych, gdyż każdy aspiruje do posiadania pierścienia w pełni autentycznego. Trzeba było wezwać mądrego rozjemcę, który spór załagodził. Skoro nie można dowieść, który z trzech pierścieni jest prawdziwy, niech kryterium będzie pragmatyczne. Ten pierścień jest prawdziwy, który noszącego go czyni „miłym Bogu ludziom”. Zaś moc pierścienia wspomagać trzeba własnymi miłości pełnymi postępkami, dobroczynnością wszelaką. A kiedyś (na końcu czasów) sędzia ostateczny rozstrzygnie, który pierścień był autentyczny. Oczywiście trzy pierścienie to trzy religie monoteistyczne: judaizm, chrześcijaństwo i islam. Do czasów ostatecznych nie można rozróżnić, która z nich jest prawdziwa. Im która więcej dobra i ciepła wokół siebie rozsiewa, przekonując do siebie ludzi, tym prawdziwsza się wydaje. A zatem miarą prawdziwości religii (wedle kryterium Lessinga) będzie seria kompromisów ze światem, obniżenie wymagań stawianych ludziom, by się im przypodobać, by być im miłym, odsuwając na plan dalszy podobanie się Bogu. Do prawdy przybliża je skala dobroci, jaką są w stanie z siebie wyłonić. Nie jest też możliwe wskazanie już w obrębie samego chrześcijaństwa, które z wyznań (w Ameryce nazywają to denominacją) prawdziwe jest (i lepiej o to nie pytać).

Nasza permisywna epoka, która zrezygnowała z pytania o prawdę, a nawet pytań takich zakazała (bo ta jest opresywna), pozwala pytać o korzyść, o pożytek, przyjemność: jaki pożytek (psychiczny, materialny, duchowy) przyniesie mi podpięcie się pod dane wyznanie czy religię? Gdzie znajdę większy komfort zaspokojenia moich zapotrzebowań na taniec rytualny? W ten oto banalny i prozaiczny sposób uniepotrzebniło się męczeństwo w wielkim super – markecie świata. Bo męczeństwo i męczennicy są znakiem tego, że prawda obchodzi człowieka do głębi, że go porusza do samego rdzenia, że nie jest rzeczą obojętną, jakie poglądy wyznajesz, co sądzisz, jaka jest twoja hierarchia wartości.

         Jest horrendalnym zbłądzeniem rozstrzyganie o prawdzie za pomocą fizycznych tortur i bestialskiego mordu. Ale również jest potężną aberracją umysłu rezygnacja z dochodzenia prawdy w jakikolwiek sposób. Niech rozstrzygają o tym, co słuszne, prawdziwe, poważne debaty, argumenty, dowody, ale nich spór o prawdę nie milknie. W przeciwnym razie kolejne pokolenie będzie już tylko armią robotów, które zabiegać będą o to, by ich dobrze naoliwione części funkcjonowały skutecznie gwoli doraźnej przyjemności.
 
Ks. Leszek Łysień
Podziel się artykułem:
FaceBook  Twitter