„Proszę, niech Pani mnie nie potępia, bo i tak sama sobą wystarczająco mocno gardzę…”- przejęta treścią listu, czytam każde słowo na głos. Po chwili do ręki biorę kolejny wydruk z komputera. „.. żałoba zostanie ze mną do końca życia, ale kara jaką ponoszę jest niczym wobec tego co zrobiłam…” Co czuję czytając te wszystkie listy? Żal, ogromny żal.

Nie znam kobiety, która zaszła w ciążę w wyniku gwałtu i postanowiła pozbyć się dziecka. Nie znam też takiej, która zdecydowała się dokonać aborcji na wieść o urodzeniu chorego dziecka, ale znam wiele kobiet… które dokonały niewłaściwego wyboru, kierując się ułudą o lepszym życiu, namową bliskich osób, marzeniami o beztrosce i karierze…czasami też za doradcę obierając strach, przerażenie, obawy. Jaką cenę za to zapłaciły?

Krok pierwszy…
Pomyślałam, że to będzie ciekawy temat… wiecie taki z morałem, który swoim dramatem być może zmieni choć jedno serce, na inny tor skieruje choć jedną myśl. A jeśli tak się stanie, to znaczy, że warto było.
Wszystko zaczęło się od… forum na którym kobiety opisywały swoje przeżycia „poaborcyjne”. Postanowiłam nawiązać z nimi kontakt i poprosić o chwilę rozmowy, choćby miała to być tylko wymiana mailowych wiadomości. Udało się, informację zwrotną otrzymałam od 5 forumowiczek.

 Kasia…
Ciąża spadła na nią nieoczekiwanie, w chwili, jak sama mówi – wielkich życiowych zmian. Studia, wyjazd do dużego miasta, rozstanie z chłopakiem.  - To był koniec i zarazem początek nowego życia. Myślałam, że świat czeka na mnie z otwartymi ramionami… że mogę go zawojować… że tyle przede mną… wystarczy tylko przeć do przodu, zostawić za sobą rodzinny dom i rodziców, którzy irytują staroświeckimi poglądami i … żyć.. bez kontroli, nakazów i zakazów, tak jak chcę. Po swojemu – pisze w liście do mnie 26-latka.
Dorosły świat dał o sobie znać bardzo szybko. – Wkrótce okazało się, że jestem w ciąży. Nie chciałam wracać do domu i byłego chłopaka do którego nic już nie czułam… Wiedziałam, że ten „problem” muszę rozwiązać po cichu sama. I rozwiązałam, choć nie przyszło mi to łatwo, bo rodzice – prości ludzie „wbijali” mi do głowy inne zasady. Pamiętam, kiedy siedziałam w poczekalni, wokół mnie wirowała jedna myśl – myśl o mamie. Zatroskanej, smutnej, ale ciepłej i kochającej. „Mamo pomóż mi” – wołało moje serce, ale w tej chwili… byłam tylko ja, lekarz i zimne białe ściany. Nie podniosłam się z fotela, nie uciekłam, nie zmieniłam decyzji, która potem zmieniła całe moje życie. Tego żałuję każdego dnia – wspomina.
W swojej korespondencji pytam Kasię o jej dalsze losy. – Trzy tygodnie po zabiegu pojechałam do rodziców, było mi tak źle samej ze sobą, że nie umiałam sobie już znaleźć miejsca. Bałam się tego spotkania, ale to była moja ostatnia deska ratunku. Bez wsparcia rodziców różnie mogły potoczyć się moje losy. Różnie… - pisze, akcentując grubą kreską ostatnie słowo – Mama, jak to mama… przeczuwała kłopoty... Tego dnia razem siedziałyśmy wtulone w siebie i płakałyśmy. Ja nad tym, że zrobiłam coś tak strasznego, mama płakała nade mną i całym światem. Czy wybaczyła mi mój życiowy błąd? Myślę, że głęboko w sercu moja decyzja wciąż ją boli i cierpi z tego powodu, choć każdego dnia jest mi oparciem i wspiera mnie, jak może. Sama sobie swojego błędu nigdy nie wybaczę… Moje maleństwo skończyłoby dzisiaj 5 lat.

Ewa…
W lipcu świętować będzie 40 urodziny. – Zawsze uważałam, że kobieta powinna mieć prawo do podejmowania decyzji o urodzeniu dziecka. Piętnaście lat temu usunęłam ciążę. Byłam przekonana, że to najlepsza decyzja z możliwych i nigdy nie będę jej żałowała. Narzeczony pozostawił mnie z nią samą. Usłyszałam tylko „zrobisz co zechcesz, ale pamiętaj, że dziecko skomplikuje nam kilka spraw”. Na zabieg poszłam bez Jarka. Rozstałam się z nim pół roku później. Pomimo, że byłam osobą pewną siebie, samodzielną i lubiącą wyzwania… miałam do niego żal… Po zabiegu źle się czułam, wdała się jakaś infekcja, kolejne wizyty u lekarza odbywałam w samotności… podczas, gdy on nadal świetnie się bawił w towarzystwie swoich znajomych. Wtedy, gdy potrzebowałam ciepła, dostałam obojętność. To przesądziło o naszym rozstaniu – pisze Ewa – Grzegorza poznałam wiele lat później, urzekły mnie jego opiekuńczość, miły głos i ciepło w oczach. Po dwóch latach wzięliśmy ślub, a wkrótce potem na świat przyszła nasza córka. Doczekaliśmy się również wspaniałego syna. I chyba wtedy... gdy na świat przychodziła Marysia po raz pierwszy z żalem wspomniałam… dziecko, którego nie chciałam… dziecko, które zabiła moja decyzja. Obraz tego maleństwo towarzyszył mi nieustannie. Gdy przewijałam córkę, obok widziałam „to” dziecko. Gdy kąpałam syna, obok dostrzegałam smutną buzię „tamtego” dziecka. Dzisiaj moje dzieci są już duże, są moją radością, szczęściem… ale obraz nienarodzonego dziecka towarzyszy mi nadal. Dorasta, zmienia się… czasami ma dziewczęcą twarz innym razem twarz chłopca. Nigdy jednak się nie uśmiecha.
Ewa przyznaje, że ze swoim lękiem pomaga jej radzić sobie psycholog. – Wiesz… - pisze do mnie – nasze błędy zawsze do nas wracają, tylko ze zdwojoną siłą. Gdybym mogła cofnąć czas… gdybym tylko mogła…

Joanna…
- Zabiłam swoje dziecko – tymi słowami zaczyna swój list 38 –letnia kobieta, która odpisuje na moją wiadomość, jako kolejna osoba, która poddała się aborcji  – Jestem katoliczką, chodzę do kościoła, wierzę… a jednak pozbawiłam życia drugiego człowieka. Chociaż miałam go bronić. Jak sobie tłumaczyłam swoją decyzję? To przecież jeszcze nie dziecko, to tylko zlepek komórek, który nic nie czuje... Zabieg przeszłam bardzo ciężko, czułam jakby lekarz wyrywał mi wnętrzności. Znieczulenie nie działało, wokół panował chaos, ból był nie do zniesienia – wspomina.
- Kiedy dotarło do Ciebie Joasiu, co zrobiłaś? – pytam w mailu.
- „Boże co ja zrobiłam”, to była pierwsza myśl po dotarciu do domu. Nie umiałam się po tym wszystkim pozbierać. Widok matek z dziećmi budził mój niepokój. Dziecięcy wózek napawał mnie paniką – odpowiada i ciągnie dalej – Wiesz… miałam wszystko, dobrą pracę, piękny dom, faceta jak marzenie, który pewnie zwariowałby ze szczęścia na myśl o dziecku… Byłam lubiana, liczono się z moim zdaniem ze względu na zajmowane stanowisko… na pozór byłam nieskazitelna, a od środka byłam kobietą ze starganym sumieniem. Przegrałam, bo postawiłam na swój sukces, swoją karierę… macierzyństwa w tym planie nie było. I nigdy już nie będzie, bo okazało się, że nie mogę mieć więcej dzieci. Pytasz o to, co czuję? żal i winę. Jak sobie z tym radzę? Nie radzę sobie. Kiedy mam lepszy dzień jakoś egzystuję, w gorsze zastanawiam się dokąd trafiło po śmierci moje dziecko? Jakby wyglądało, gdyby żyło? Co kiedyś ze mną się stanie za to co zrobiłam?

Daria…
Pisze niewiele, jakby w pośpiechu. – Aborcja… boli, ale nie fizycznie.  Boli chociaż to już 6 lat. Nie podjęłabym tej decyzji drugi raz.
Próbuję jeszcze zagadać, dowiedzieć się czegoś więcej. – Myślałam kiedyś, że to tak działa „nie chcę być w ciąży – usuwam ciążę”, ale… nie. Kobieta nawet po zabiegu aborcyjnym nie przestaje być matką. „Pan Bóg wybacza zawsze, człowiek czasami, natura nigdy” – sentencja nader prawdziwa i pasuje do mojej sytuacji.
Daria nie odpisuje na kolejne moje maile, szanuję to, nie narzucam się więcej. Czy tego chcę czy nie muszę pozostawić ją samą ze swoim bólem.
Justyna jest kolejną kobietą z którą udaje mi się nawiązać kontakt. Wymieniamy się numerami telefonów.  Dzwonię, troszkę obawiając się tej rozmowy. Niepotrzebnie. Justyna okazuje się być osobą niezwykle ciepłą i sympatyczną. Po chwili rozmawiamy już jakbyśmy się znały długie lata. Na koniec w słuchawce słyszę jej wymowne słowa, które zapadną w mojej pamięci już pewnie na zawsze „Basiu, gdybym mogła „wtedy” z kimś tak szczerze porozmawiać, moje życie byłoby dzisiaj inne. Lepsze.”
- To była typowa historia. Ona poznaje swoją wielką miłość. On obiecuje jej piękne życie. Bajka kończy się w momencie, gdy na teście ciążowym pojawiają się dwie czerwone kreski. Wtedy okazuje się, że każdego dnia czeka na niego w domu żona i dwoje dzieci. Ponieważ przerasta go sytuacja, umawia dziewczynę, której obiecywał piękne życie – na zabieg. Ona się zgadza, bo przecież nie chce go stracić. Chwilkę później on odchodzi… a właściwie wraca – do żony i dzieci, bo przecież nigdy od nich nie odszedł.  Ona płacze, ale już nie za nim… - słyszę w słuchawce zdania wypowiadane tak, jakby historia dotyczyła kogoś innego, ale to jej historia – historia Justyny.
- Wiesz myślałam sobie, że takie rzeczy przydarzają się innym… że ja mam swoje zasady i nimi się kieruję...– mówi z żalem.
A jednak zdecydowałaś się - stwierdzam.
Myślałam, że to nie jest dobry moment na dziecko, byłam bez pracy, bez rodziny, która mogłaby mi pomóc, no i ukochany nalegał, żeby jak najszybciej „to załatwić”. Wydaje mi się, że wtedy na mojej drodze zabrakło jednej osoby, która pokazałaby mi inny punkt widzenia… Która zasiałaby we mnie ziarno niepewności, zmusiła do zastanowienia… Naiwnie wydawało mi się, że skoro koleżanki przeszły przez to samo co ja i żyją tak, jakby nic się nie zmieniło, to… ze mną będzie tak samo.

To dlaczego nie było?
Może nigdy nie jest… może one tylko na pozór są takie obojętne, a w samotności rozpamiętują?... może udają… grają twarde… Nie da się iść obojętnie przez życia, decydując się na aborcję. Uważam, że jeśli kobieta nie ma w sobie poczucia winy dzisiaj, to za kilka miesięcy, lat… myśl o dziecku nie da jej zasnąć... 
- Wiesz przeczytałam „po wszystkim” w jednej z książek, że w dziewiętnastym dniu ciąży - u dziecka tworzą się oczy, a dwudziestego ósmego dnia można już rozpoznać soczewkę oka. Od dwudziestego pierwszego dnia pracuje serce… niesamowite prawda? – szepcze do słuchawki, ściszając głos – Gdybym wtedy to wiedziała. Gdybym wtedy wzięła do ręki jedną z tych mądrych książek, którymi dzisiaj się katuję i dostrzegła, że już w dziewiątym tygodniu dziecko odczuwa ból niemal całą powierzchnią ciała… że reaguje na ból tak, jak ja i ty… Gdyby tylko można było cofnąć czas… Jaka ja byłam pusta, jaka głupia, jaka zaślepiona tą chorą miłością…
Justyna nie szczędzi pod swoim adresem przykrych słów. Przyznaje pod koniec naszej rozmowy, że spodziewała się ich również ode mnie. –Możesz powiedzieć, co o mnie myślisz… Na forum to normalne, że ludzie „plują” na kobiety, które usunęły ciążę, w realnym świecie z pewnością też szybko wydałyby na mnie wyrok, skreśliły z listy swoich przyjaciół, znajomych… - prowokuje.
A jednak zdecydowałaś się opisać swoją sytuację przed obcymi osobami?
Bo… może moja historia uchroni kogoś przed popełnieniem tego samego błędu, który ja zrobiłam... – słyszę w słuchawce jej słowa i pytanie – Zadzwonisz jeszcze do mnie kiedyś?

Zakończenie:
Ten artykuł nie jest oceną kobiet, które opowiedziały mi swoje historie, daleka jestem od tego. Kasia, Ewa, Joanna, Daria i Justyna  swoją cenę za decyzję sprzed lat płacą każdego dnia. Każda swoją, każda ogromną. I choćby nie wiem jak się starały, jak bardzo chciały cofnąć czas, wymazać z pamięci ten moment… nic nie uciszy sumienia, ono krzyczy najgłośniej.
- Zapisałam Twój numer Justyno, zadzwonię, pewnie że zadzwonię - obiecuję, dziękując za rozmowę. I tej obietnicy dotrzymam, bo wiem, że ona będzie czekała na mój telefon... bo wiem, że w słuchawce usłyszę jej dobry, ciepły głos.

„Zestawmy liczby: I wojna światowa – dziesięć milionów ofiar, II wojna światowa – pięćdziesiąt pięć milionów ofiar, wojna z nienarodzonymi – miliard ofiar. Ta wojna trwa…" – cytat z książki „Dzieciom, które chciały żyć”.

Barbara Stelmach-Kubaszczyk
Podziel się artykułem:
FaceBook  Twitter