Końcem czerwca bieżącego roku Polskę obiegła wieść, że prezydent Słupska Robert Biedroń ma zamiar uczcić czarownicę Trinę Papisten nazywając jej imieniem jedno z rond. Wszystko w imię rehabilitacji osoby, która była potraktowana rzekomo niegodnie w naszym kraju. Jak wyglądają fakty? Słupsk na przełomie XVII i XVIII wieku należał do protestanckich Prus. Podejrzewam, że Polaków mieszkało tam niewielu. Ponadto Trina Papisten nie była niewinna. Przyznała się do zarzucanych jej czynów. Sąd skazał ją na karę śmierci za uprawianie czarów.

Dziesięć lat temu miałem przyjemność być słuchaczem wykładów prof. Adama Lityńskiego z zakresu historii sądownictwa. Profesor jednoznacznie stwierdził, że nie ma znaczenia to, czy magia istnieje rzeczywiście. Ważne natomiast jest przekonanie osoby rzekomo czarującej, że komuś szkodziła. Trzeba bowiem wiedzieć, że czarownice, magowie, wiedźmy i inni nie wyciągali królików z kapelusza. Kim zatem były te osoby mające nadnaturalną moc? Nazywano je różnie: czarownice, wiedźmy, baby, jędze, goślice. Wśród mężczyzn przeważali  magowie, czarownicy, czarnoksiężnicy, wróże oraz nekromanci. Wszystkich nazw nie sposób tu wymienić.  Każda z tych postaci miała ogromną wiedzę na temat czarnomagicznych arkan, potrafiła rzucać i odczyniać uroki oraz klątwy. Niejednokrotnie osoby czarujące sprowadzały nieszczęścia, choroby. Sporządzały magiczne dekokty, trucizny. Czasami leczyły. Odbierały również życie nienarodzonym dzieciom.

Stanisław z Ząbkowic w swej przeróbce dzieła „Młot na czarownice” pisze  o czarownicach w ten sposób: „ Te niezbożne białogłowy zdrowia ludzi i bydła rozmaicie pozbawiają; tym, których bez przyczyny nienawidzą, szkodzą; z przyjaciół nieprzyjacioły czynią; nienawiści w małżeństwie sieją i mnożą; niemowlątka przy połogu szatanom oddają lub zabijają (…). O takowych bezbożnych i przeklętych ludzi niezliczonej wielkości w tej sławnej Koronie, iż nikomu nie jest tajno, rzecz jest pewna”.

Na Śląsku Cieszyńskim o czarownicach pisali zarówno Jan Szymik w swe książce pt. „Doroczne zwyczaje i obrzędy na Śląsku cieszyńskim”  jak i Jan Broda w swym dziele ” O czarownicach, utopcach i nocnicach”. Obaj autorzy wskazują, że wiedźmy nie zawsze kojarzyły się negatywnie. Często pomagały miejscowej ludność, zwłaszcza w kwestiach medycznych. Nie mniej jednak czarownice nie były wspaniałe. W wierzeniach ludowych pozostało przekonanie, że okoliczne wiedźmy spotykały się na Giguli (Łysa Góra), gdzie potajemnie radziły, brały udział w orgiach i spotykały się z samym Lucyferem.

W zbiorach Książnicy Cieszyńskiej możemy natknąć się na „Czarownicę Powołaną, albo krótką naukę i przestrogę ze strony czarownic” - krótką rozprawę należącą do kolekcji Józefa Ignacego Kraszewskiego. Utrwaliło się przekonanie, że autor jest anonimowy. Jednakże najnowsze badania doprowadzają do poszlak wskazujących na autorstwo Wojciecha Regulusa – poznańskiego drukarza, który wydrukował pierwszą edycję broszury.  Poglądy anonimowego pisarza odbiegają od ówczesnych mu osób zajmujących się procesami o czarnoksięstwo. Autor gani wszystkich, którzy praktykują pławienie czarownic. Polegało to  na wiązaniu kończyn podejrzanej i wrzucaniu do głębokiej wody. Wierzono, że osoba o czystym charakterze zostanie przyjęta przez wodę. Natomiast osoba praktykująca czary uniesie się na powierzchni wody przy pomocy tajemnych umiejętności. Autor broszury krytykował również wydawanie innych czarownic przez oskarżonych. Uważał bowiem, że donosiciel działa pod wpływem silnego strachu. Wobec tego jego  zeznania obciążają częstokroć osoby niewinne.

Na Śląsku Cieszyńskim również dochodziło do procesów o czarnoksięstwo. W jeden z nich zamieszana była również księżna cieszyńska Katarzyna Sydonia. Oskarżyła bowiem niejakiego Jana Jerzabka, właściciela Trzycieża. Został on oskarżony o utrzymywanie wróżek.  Jerzabek mógł mówić o szczęściu. Pozwolono mu sprzedać majątek i wynieść się z Księstwa Cieszyńskiego. Natomiast czarownice zdołały uciec wymiarowi sprawiedliwości.  Katarzyna Sydonia stosowała podwójne standardy moralności. Swego syna Adama Wacława jakoś nie ganiła za korzystanie z usług wróżek.

Historia procesów o czary jest bogata w makabryczne przykłady. Niektóre przeszły nawet do masowej kultury jak choćby sprawa czarownic z Salem. Pokutuje pogląd, że to Kościół Katolicki prześladował bezbronne kobiety. Szacunki zebrane przez historyków jednoznacznie wskazują, że pogromy czarownic dokonywały się przeważnie w krajach protestanckich. Próbuje się również używać całego zjawiska w kontekście masowych prześladowań kobiet przez społeczeństwo patriarchalne. Sądzę, że cała sprawa jest bardziej skomplikowana. Oskarżenia kobiet przypadają na okres rozwoju druku. Książki są co raz powszechniejsze. W antyku i średniowieczu dostęp do ksiąg miało dość nieliczne,

w gruncie rzeczy męskie grono. Niestety mimo ogromnych starań kręgów feministycznych czarownice nie mogą być postaciami pozytywnymi. Nie zyskają statusu równego świętym męczennikom, gdyż czyniły zło, a przynajmniej były o tym przekonane.

W świecie, który chwali się swą racjonalnością i odrzuca „zabobon wiary” nie brakuje wiary w nadprzyrodzone zdolności. Szacuje się, że w Polsce rynek wróżbiarski wart jest ponad 2 miliardy złotych. Nie ma się co dziwić skoro takie złote tuzy jak unijna komisarz do spraw wolnego rynku Elżbieta Bieńkowska korzysta z takowych usług o czym pochwaliła się na łamach ”Vivy” w zeszłym roku. Widocznie studiowanie perskich ksiąg w młodości może  bardzo zaszkodzić.

Paweł Czerkowski

Fotografie pochodzą z książki -  Wielka Księga Demonów Polskich. Leksykon i antologia demonologii ludowej - Barbara Podgórska, Adam Podgórski

Podziel się artykułem:
FaceBook  Twitter